Archiwa blogu

Ach, ta Argentyna!

Argentyna, czerwiec i lipiec 2012.

Musimy na chwilę wrócić do  Argentyny.

Nie chcemy by ten wpis zabrzmiał źle i że Argentyna nam się nie podobała. Wręcz przeciwnie, kraj przecudnej urody, ludzie otwarci, rozmowni i do rany przyłóż. Niemniej jednak kilka kwestii sprawia, że jest to kraj niełatwy do życia. Poniżej przedstawiamy zaledwie namiastkę spraw, na które zwróciliśmy uwagę. Do rzeczy:

Powierzchnia 2.767 tyś km2 (ósmy kraj na świecie), ludność 40 mln, surowce naturalne w dużych ilościach: ropa naftowa, gaz ziemny, złoto, srebro, węgiel, ołów, cynk, żelazo, uran itd. oraz ogromne tereny uprawne, w latach 1890-1930 jeden z dziesięciu najbogatszych krajów świata, ale… ale liczne kryzysy gospodarcze/ walutowe oraz wszechobecna korupcja wciąż popychają ten kraj wstecz.

Jaka jest inflacja w Argentynie? Nikt tego nie wie, gdyż oficjalne dane zdają się nie pokazywać prawdy. Jaka jest w rzeczywistości mówią sami Argentyńczycy. Wczoraj masło podrożało o 20%, w zeszłym miesiącu mate podrożało dwukrotnie itd. Ceny biletów autobusowych ciągu 2 lat zdrożały dwu lub trzykrotnie, wejście do parku narodowego Iguazu również ponad dwukrotnie w ciągu 2 lat, a po stronie brazylijskiej jedynie o 10%. Jak to się dzieje? Kiedy jakaś wpływowa grupa społeczna czegoś chce, idzie na ulice protestować. I co? I dla przykładu „camioneros” (czyli pracownicy transportu ciężarowego) w maju/ czerwcu dostali 25% podwyżki. Kto za to płaci? Ceny w sklepach niektórych produktów od razu zdrożały. Ale kierowcom jest nadal mało, gdyż te 25% zostało opodatkowane na zasadach ogólnych, a ich zdaniem nie powinno tak być. Jak usłyszeliśmy od przedstawicieli tej grupy:

– Dlaczego my mamy płacić podatki? Niech płacą inni, my nie powinniśmy. Jesteśmy za biedni – w rzeczywistości poznani przez nas kierowcy zarabiają ok. dwukrotność polskiej średniej krajowej.

Ludzie nie buntują się, gdyż w ich kontraktach jest adnotacja o rocznej waloryzacji wynagrodzenia o wskaźnik inflacji.

W związku ze światowym kryzysem Argentyna broni swojej gospodarki. Jak? Zakazując importu. Prowadzi to do sytuacji, że brakuje im części do produkcji np. samochodów, przez co fabryki wstrzymują produkcję. Również od około 3 miesięcy mieszkańcy Argentyny nie mogą wymieniać peso na inne waluty. Oficjalny kurs jest sztucznie zaniżony o ok. 30%.  Na czarnym rynku za 1 dolara dostaniemy minimum 5,5 peso, a w kantorze/ banku/ bankomacie 4,5. Jeśli pojedzie się na przykład do Paragwaju to można wymienić dolary amerykańskie na guarani paragwajskie, a je dalej na peso argentyńskie. Kurs takiej kombinowanej wymiany to 5,8 peso argentyńskiego za 1 $. Przebitka o ok. 30%.

Gdziekolwiek się nie pójdzie w Argentynie, wszyscy mówią o korupcji na niespotykaną skalę. Nie jest tajemnicą, że rodzina Kirchnerów (m.in. Cristina – obecna pani prezydent, czy ś.p. Nestor, były prezydent kraju) posiada ogromny majątek. Słyszeliśmy że w Patagonii mają niewyobrażalne ilości ziemi, w samej małej miejscowości El Calafate 3 domy. Import – eksport ropą naftową jest kontrolowany przez firmy należące do tej rodziny. Z kolei już w Urugwaju słyszeliśmy historię z pierwszej ręki, iż rodzina Kirchnerów działa jak mafia. Pani Prezydent lubi ubierać się w eleganckie i bardzo drogie ubrania. Często zagląda do jednego sklepu, w którym wybiera sobie najdroższe torebki. Nie płaci jednak za nie, a w zamian właściciel sklepu nie musi odprowadzać podatków. Proste. Generalnie większość polityków u władzy jest bardzo bogata, kontrolują wiele branż w kraju poprzez swoje firmy, np. firmy przewozowe do nich należą, a ceny są odgórnie ustalane. W innych branżach też istnieją zmowy cenowe. Przetargi są ustawiane. Dla przykładu słyszeliśmy historię jednej miłej pani, która chciała kupić ziemię w Puerto Madryn. Skompletowała wszystkie (a jest to bardzo biurokratyczne państwo) dokumenty znacznie przed terminem i okazało się, że już się przetarg skończył i nie przyjmują więcej oferentów.

Dziwiliśmy się, co na to prasa? Jednak słyszeliśmy, że obiektywne media nie istnieją w Argentynie. Większość mediów jest również kontrolowana przez bogaczy będących politykami lub współpracujących z nimi.

Ale jak to się dzieje, że te same osoby ciągle są na szczytach władzy? Dlaczego Cristina Kirchner ponownie wygrywa wybory prezydenckie?

Powodów jest kilka.

1. Naszym zdaniem głównym są niesamowite umiejętności oratorskie i populistyczne pani prezydent. Odwraca się uwagę społeczeństwa od bieżących problemów dokonując zabiegów propagandowych. Ostatnim takim była nacjonalizacja koncernu naftowego YPF, czyli w rzeczywistości wywłaszczenie większościowego akcjonariusza, hiszpańskiej firmy Repsol. Spotkało się to z ogromnym aplauzem Argentyńczyków. Kolejnym wszechobecnym przykładem są wyspy Falklandy, tu nazywane Malwinami. Wyspy są położone 500 km od lądu argentyńskiego, odkryte i zamieszkane przez Anglików. Argentyna od lat rości sobie do nich prawa, a w 1982 trwała nawet dwumiesięczna wojna o nie pomiędzy Argentyną i Anglią. Nie wchodząc już w szczegóły, ostatnio znowu odżyła dyskusja na temat „powrotu wysp do macierzy”, czyli do Argentyny. Próbowaliśmy zrozumieć, dlaczego Falklandy powinny należeć do Argentyny, skoro nie ma tam rdzennej ludności argentyńskiej oraz od zawsze były zamieszkane i ochraniane przez Anglików (z krótką przerwą w XVIII wieku, kiedy to należały do Francji a następnie do Hiszpanii)? Usłyszeliśmy parę wyjaśnień. Ale żadne nas nie przekonało. To że blisko, że jest na liście miejsc do dekolonizacji, że są połączone podwodnym lądem z Argentyną. Jednak najczęściej nie było żadnej argumentacji, tylko emocjonalne stwierdzenia że „Malwiny zawsze były, są i będą argentyńskie”. Wydaje nam się, że to jest właśnie główne wytłumaczenie tej sytuacji: emocje. To na nich gra pani prezydent, podburzając ludzi przeciwko zewnętrznemu wrogowi i tym samym poprawiając swoje notowania wyborcze, jako prawdziwej patriotki.

2. Akcje społeczne przed wyborami są zakrojone na szeroką skalę. Najbiedniejsi dostają zapomogi, podnosi się minimalne wynagrodzenie, biednym buduje się domy z dykty, zamrażane są ceny transportu itd. Od razu po wyborach wszystko drożeje, a o biednych politycy zapominają.

3. Na górze istnieje klika powiązanych ze sobą osób, przez którą nie da się przebić.

4. Nikt nie wierzy, że nowi ludzie coś zmienią, bo „przecież wszyscy kradną”.

  P.S.

W Argentynie nadal część ludzi wierzy, że śmierć wcześniejszego prezydenta, męża Cristiny została sfingowana. Mają na to dowody, m.in. takie, że trumna była za mała. Nestor Kirchner miał udawać swoją śmierć aby uniknąć zapłacenia zaległego podatku katastralnego od posiadanych niezliczonych włości. O dziwo te długi nie przeszły na jego żonę…

brazylijskie plaże I 15 – 19.07.2012

Ilha do Mel i Curitiba: 15.07.2012 – 16.07.2012

Parati: 17.07.2012 – 19.07.2012

Będąc na wycieczce w Boliwii (Salar de Uyuni i Altiplano) poznaliśmy dwójkę szalonych Brazylijczyków – Thiago i Rogi, z którymi przez trzy dni dzieliliśmy samochód i sypialnię. Mieliśmy ponownie spotkać się w ciągu trzech tygodni w Argentynie, w Bariloche aby wspólnie poszusować po śniegu. Spotkanie nie wyszło gdyż zamknęli nam drogę z Patagonii (ruta 40). Może i dobrze gdyż jak się potem dowidzieliśmy, wyciągi i trasy nie funkcjonowały ze względu na zbyt silne wiatry.

Umówiliśmy się finalnie z Thiago, że spotkamy się w takim razie w Brazylii i pojedziemy z nim i jego dziewczyną ze Stanów – Brooke na wyspę Ilha do Mel. Rogi niestety musiał pracować. Spotkaliśmy się na dworcu w Curitibie i stamtąd autobusem i promem dotarliśmy na wyspę. Pogoda do kąpieli się nie nadawała, ale wszyscy chodziliśmy z kąpielówkami w plecaku, tak na wszelki wypadek. Wyspa wyglądała na opustoszałą, porośnięta miejscami gęstą dżunglą, przez którą bez ścieżki nie dało się przedrzeć. Nie ma tam ruchu samochodowego, można chodzić tylko na piechotę albo jeździć na rowerach. Momentami wyspa jest bardzo wąska, ma zaledwie 50m, a mimo to stoją tam chatki. Byliśmy jedynymi gośćmi małego hosteliku, który przypominał nam „Werandę” w Jastarni.  Poza sezonem więc zero komercji, nie widać żywego ducha, nie licząc chmary ptaków. Właśnie rozpoczął się sezon na rybę „tinha” (pol. mugilowate) więc ją spałaszowaliśmy na kolację. Połaziliśmy po wyspie gdzie tylko się dało, tzn na co pozwolił nam wysoki stan wód.

Wróciwszy z miodowej wyspy spotkaliśmy się z Rogim i jego kolegami i jak zwykle o tej porze „woziliśmy się po mieście”. Zabrali nas na niebiańskiego grilla do churrascarii o nazwie „Dom Gabriel”. W Argentynie próbowaliśmy wielokrotnie steków, ale mięso brazylijskie  biło na głowę argentyńskie bife de chorizo. Wyszliśmy stamtąd gdy już ledwo mogliśmy się ruszać i  dotoczyliśmy się do baru cachaceria aby poprawić wszystko kielonkami  cachacy. Dowiedzieliśmy się, że młodzi Brazylijczycy zazwyczaj nie piją cachacy, gdyż jest ona uważana za trunek dla biedniejszych. Najtańszą cachacę można bowiem kupić już za 3 $. Klasa średnia pije piwo, wódkę i whiskey. Popularne są za to drinki caipirinha na bazie cachacy.

Rogi pokazał nam jak się tańczy „forró” w parach. Gdy do Brazylii przyjeżdżali obcokrajowcy powstał taniec, który wszyscy mogliby tańczyć, nie tak skomplikowany jak np. samba. Dlatego nazwano go z angielskiego „for all” (dla wszystkich), wymawiając szybko po portugalsku powstaje „forró”. Jest on bliźniaczo podobny do naszych weselnych potańcówek. Nawet nie  zdawaliśmy sobie sprawy, że na weselach przestępując z nóżki na nóżkę tańczymy właśnie „forró”.

Pożegnaliśmy się z Brazylijczykami i przedostaliśmy się do uroczego, kolonialnego kurortu Parati, gdzie czekała na nas kanapa i jej sympatycznie wyglądający właściciel- tatuażysta i kucharz w jednym. Podeszliśmy do restauracji, w której pracował nasz gospodarz. Przywitaliśmy się i dostaliśmy instrukcje jak dojechać do jego domu, który nie posiada adresu. On sam miał wrócić po pracy, o 12 w nocy.

Wsiedliśmy więc posłusznie do wskazanego autobusu i jedziemy, jedziemy, jedziemy oddalając się od Parati. Po 40 minutach zostaliśmy w autobusie tylko my i kierowca, a za oknem coraz rzadziej pojawiały się jakieś zabudowania. W końcu kierowca nas informuje, że to tutaj jest nasz przystanek. Patrzymy- wkoło gęsta dżungla i kilka domków na horyzoncie.

Próbujemy odnaleźć nasz dom, śledząc instrukcje. Po 20 min marszu przy jednym słupie skręcamy w puszczę i ruszamy w dół w stronę potoku. Przechodzimy po niewielkiej kładce nad wodą i skręcamy w prawo. Idziemy dalej zastanawiając się czy na pewno Brazylia jest bezpiecznym krajem na mieszkanie w dżungli poza miastem. W końcu docieramy do chałupy w buszu, która pasuje do opisu naszego kucharza. Wchodzimy. Zostajemy na dwie noce w chacie naszego Robinsona Crusoe, który nie pojawia się przez te dwa dni. Zwiedzamy pobliską plażę Trynidad i kolorowe Parati. Naszemu gospodarzowi pozostawiamy mały podarunek i podziękowanie za gościnę. Szkoda, że nie było okazji się poznać bo wydawał się niesamowicie ciekawą osobą, wnosząc po chatce i rękodziełach w niej wiszących.

Wracając do bezpieczeństwa w Brazylii, gdy wsiedliśmy do autobusu jadącego do Rio de Janeiro, nasz autobus został zatrzymany przez jednostkę do zadań specjalnych, która dokładnie przefiskała wszystkie torby pasażerów. Oszczędzili tylko nas (ach ci uprzywilejowani turyści), przeprowadzając z nami jedynie wywiad środowiskowy: skąd jesteśmy, który raz w Brazylii, skąd jedziemy i dokąd. Potem funkcjonariusz kazał nam podać adres zamieszkania. Chwila konsternacji, jak mu wytłumaczyć adres naszej chatki nad potokiem i skąd znamy właściciela, chyba nam nie uwierzy… Na szczęście chodziło mu o adres w Rio, a z tym było prościej.

Iguazu I 12 – 14.07.2012

Puerto Iguazu, Foz do Ignacu i parki narodowe Iguazu po obu stronach granicy: 12.07.2012 – 14.07.2012

Obejrzeć wodospady Iguazu po stronie argentyńskiej czy brazylijskiej? Większość turystów poleca stronę argentyńską jako tę piękniejszą. Nie mogliśmy się zdecydować i poszliśmy tu i tu.

Wodospadow jest az 275, wysokoscia siegaja 80 m, a ich huk ponoc slychac w promieniu 20 km.  Iguazu cataratas uwazane sa za jeden z siedmiu naturalnych cudow swiata.

Strona argentyńska jest dużo bardziej rozbudowana, z licznymi ścieżkami, kolejno podchodzi się do oddzielnych wodospadów i oglada je z roznych poziomow. Kolosalne wrażenie robi najdalszy punkt zwiedzania – gardziel diabła. Po stronie brazylijskiej natomiast podziwia się panoramę i lepiej widać ogrom tego cudu na skalę światową. Oba widoki stawiamy na równi, oba są cudowne, oceńcie sami.

Strona argentynska (gardziel diabla):

http://youtu.be/iGA3a5DyvLg

Strona brazylijska:

http://youtu.be/UvNHtZqfjD8

Paragwaj I 8 – 12.07.2012

PARAGWAJ

Encarnacion i Trinidad: 08.07.2012 – 09.07.2012

Asuncion, Aregua i Caacupe: 09.07.2012 – 11.07.2012

Ciudad del Este i Itaipu: 11.07.2012 – 12.07.2012

 

Zahaczyliśmy o Paragwaj, którego nie było w pierwotnych planach – a co tam, raz się żyje. Na pierwszy rzut poszła stolica karnawału – Encarnación, niestety poza karnawałem. Za to trafiliśmy na finał meczu dwóch drużyn z Asunción – pieszczotliwie nazywanych „cyklon” i „dziadek”. Zwyciężył cyklon przerywając po wielu latach hegemonię dziadka. Całe miasto okazało się być fanem cyklonu i świętowało trąbiąc w klaksony i tańcząc na ulicach. Co ciekawe, w Encarnación istnieje mniejszość niemiecka, polska i ukraińska,. Istnieją nawet polskie kościoły. Podczas wojny potrójnego sojuszu (1865-1870) przeciwko Brazylii, Argentynie oraz Urugwajowi zginęła ponad połowa ludności Paragwaju i rząd chcąc zaludnić kraj zachęcał ludzi z Europy do przyjazdu i osiedlenia się.

Pod Encarnación leżą ruiny miasta jezuickiego Trynidad, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest to ponoć jeden najrzadziej na świecie oglądanych zabytków tej rangi. Po 2-godzinnej wizycie zrozumieliśmy dlaczego – nic tam ciekawego nie ma…

Z Encarnación pojechaliśmy do stolicy, na kanapę do przesympatycznego Paragwajczyka. Właściwie to zamieszkaliśmy w hostelu, który właśnie otworzył w domu, który dostał od babci, stąd nazwa „La Casita de la Abuela” (domek babci). Przez dwa dni staraliśmy się pomóc mu rozreklamować hostel, m.in. wieszając plakaty w turystycznych miejscach. Sam hostel jest bardzo przyjemny (http://www.facebook.com/groups/120621831413764/). Asuncion nie zrobiło na nas większego wrażenia, ale poznani Paragwajczycy, jak najbardziej. Jest to niesamowita wartość dodana mieszkania na kanapach, dociera się do tubylców, do których, jako turystom, ciężko trafić.

 Następnie obejrzeliśmy wioskę Aregua, która bardzo przypadła nam do gustu. Czerwona ziemia, wkoło palmy, roślinność tropikalna, kościółek na wzgórzu, jak z filmów. W Caacupe Obejrzeliśmy bazylikę, pod którą piknikowaliśmy z sześciorgiem dzieci, które zobaczywszy nasze jajka na twardo uznały, że muszą je zjeść 😉

 Ostatnim przystankiem było Ciudad del Este – jeden wielki jarmark, bez charakteru, bez ładu i składu. Jest on nazywany targowiskiem Am. Płd, można się tam obkupić przede wszystkim w elektronikę. Główną klientelę stanowią Brazylijczycy i Argentyńczycy. Pod miastem leży tama „Itaipu” (w języku guarani oznacza „śpiewający kamień”) z elektrownią wodną o największej mocy na świecie. Tama chińska na Jangcy jest co prawda większa pod względem infrastruktury, jednak nie pod względem mocy. Elektrownia została zbudowana na rzece Parana, na spółkę z Brazylią. Oba kraje posiadają po 10 generatorów. Paragwaj używa dwóch, co zaspokaja 80% potrzeb na energię tego 6,5-milionowego kraju, a Brazylia używa 18 (8 kupuje od Paragwaju) i dzięki nim zaspokaja 20% tego 200-milionowego kraju. Tama ponoć nigdy nie runie, ale gdyby się tak stało, to w ciągu 10 godzin woda dotarłaby do Buenos Aires i zniszczyła wszystko, co leży na jej drodze…

 Po zaledwie kilku dniach opuszczaliśmy Paragwaj, gdzie ludzie bardzo niewyraźnie wymawiają „r”, przez co ich akcent przypomina bardziej amerykański niż kastylijski. Zapamiętamy stąd smakowite „terere” – napój podobny do mate, tyle, że na zimno. Zapamiętamy ludzi chodzących z termosami pod pachą, dużo większymi niż w Urugwaju gdyż musi się w nich zmieścić lód.

Urugwaj I 3 – 7.07.2012

Colonia del Sacramento: 03.07.2012 – 04.07.2012

Montevideo: 04.07.2012 – 06.07.2012

Salto: 07.07.2012

Wsiedliśmy w Buenos Aires na prom i plum, po godzinie znaleźliśmy się w Urugwaju – w Colonia del Sacramento. Małe, ciche (poza sezonem), rybackie miasteczko pełne kocich łbów, położone nad rzeką Rio de la Plata.  Wspaniałe miejsce na chillout, pamiętające czasy kolonii portugalskiej.

Dalej udaliśmy się do stolicy kraju. Zazwyczaj nie przepadamy za dużymi miastami jeśli chodzi o zwiedzanie. Jednak niska zabudowa, neoklasyczne budynki, kolonialna starówka i świeża bryza docierająca ulicami z nad rzeki Rio de la Plata sprawiają, że miasto z ok. 1,3 milionami ludzi nie męczy. Co więcej, jest to dobre miasto do zamieszkania. Również z uwagi na wspaniałe tradycje piłkarskie :).

Nocowaliśmy tu na kanapie u Urugwajczyka, który zabrał nas na imprezę urodzinową do swojej przyjaciółki. Posmakowaliśmy tam gulaszu z cieciorką i wołowiną, popularnego podczas zimy, która nas tu zastała. Na deser ciasto z wszechobecnym w wielu krajach Am. Płd „dulce de leche”. W prezencie podarowaliśmy wino argentyńskie, które długo taszczyliśmy w plecaku aż z Maipu, koło Mendozy. W trakcie wieczoru, degustując wina chilijskie, urugwajskie, argentyńskie i już nie pamiętamy jakie, zorientowaliśmy się, że w tej grupie znajomych (nie wiemy czy to próba reprezentatywna), największym poważaniem cieszą się wina chilijskie, potem urugwajskie, a na końcu argentyńskie. No cóż, skąd mogliśmy wiedzieć… Imprezka bardzo udana, jak w Polsce, tylko zamiast wódeczki leje się wino.

Z Montevideo pojechaliśmy na północny-zachód odmoczyć się w gorących źródłach w miejscowości przygranicznej Salto. Wkoło szron, a my w cieplutkiej wodzie.

Tylko „liznęliśmy” Urugwaj, jednak poznani ludzie bardzo przybliżyli nam ten kraj poprzez swoje opowieści. To, co jest widoczne gołym okiem to fakt, że to nie Argentyńczycy piją hektolitry mate, a Urugwajczycy. Widok w trzech odwiedzonych przez nas miastach był niesamowity – co trzecia osoba chodzi z termosem pod pachą, z którego dolewa sobie gorącej wody do kubeczka z mate. Niezależnie od wieku, płci czy pozycji społecznej. Poważni panowie w garniturach jadący do pracy w banku czy starowinka, wszyscy dzierżą termosy pod pachą. Jedna reklama urugwajskiej mate pokazuje, ile rzeczy potrafią zrobić Urugwajczycy przy pomocy tylko jednej ręki, gdyż drugą mają zawsze zajętą…

W stolicy tanga I 1 – 3.07.2012

Buenos Aires: 01.07.2012 – 03.07.2012

„Chcę jeszcze raz pojechać do Europy

Lub jeszcze dalej do Buenos Aires

Więcej się można nauczyć podróżując

Podróżować, podróżować jest bosko”

Maanam

 

Wmawialiśmy sobie, że jest bosko, podśpiewując tę piosenkę na pustkowiu, w deszczu, kiedy żadne auto nie chciało się zatrzymać. Przerywaliśmy tylko czasem, na moment, aby porzucać mięsem.

Jednak gdy dojechaliśmy do Buenos, zaczęło być naprawdę bosko. Ciężko stwierdzić co takiego ma w sobie to miasto, że dech zapiera. Nie chodzi przecież o monumentalne budynki przypominające centrum Madrytu, ani o szerokie aleje i pchli targ, gdzie w weekend można podpatrzeć tancerzy tango, ani też o niebieskie, słoneczne niebo, zresztą trafiliśmy raczej na zachmurzone. Buenos żyje pełnią życia, buzuje i kotłuje. Temperamentni Argentyńczycy raz się kłócą i nienawidzą, a zaraz kochają, ale nie wyglądają na obojętnych czy otępiałych przedłużającą się zimą. Wydaje się, że żyją nocami, patrząc jak zasiadają do kolacji o 23.00. Możnaby zostać tu dłużej aby chłonąć tę energetyzującą atmosferę.

Mieliśmy szczęście spotkać się tutaj z Izą. Zabrała nas do najstarszej kawiarni „Cafe Tortoni”, gdzie spróbowaliśmy popularnego napoju „submarino”. Jest to kawałek czekolady w kształcie łodzi podwodnej, którą zatapia się w gorącym mleku, otrzymując gorącą czekoladę. Potem, w piwnicach kawiarni oglądaliśmy pokaz tango przy akompaniamencie kwintetu. A dalej Iza zabrała nas do dzielnicy la Recoleta na pyszne steki. Nie dziwimy się, że na razie osiadła w tym mieście, sami byśmy tu chętnie zostali, no może gdyby nie Cristina.. ale o tym kiedy indziej.

Dzienniki autostopowe I 25 – 30.06.2012

Rio Gallegos, Puerto Madryn, San Antonio Oeste, Bahia Blanca: 25.06.2012 – 30.06.2012

Ostatnią europejską zimę spędziliśmy głównie na plaży w Indiach i Tajlandii. Tęskniliśmy za śniegiem i „szczęśliwie” udało nam się trafić na zimę w Ameryce Południowej. Postanowiliśmy to wykorzystać i pojeździć trochę na nartach w argentyńskim kurorcie Bariloche. Plan już był, ceny ski-passów i hosteli ogarnięte, nawet ustaliliśmy wspólny termin z poznanymi w Boliwii Brazylijczykami. Niestety zamknęli drogę 40 (Ruta 40), która prowadziła bezpośrednio do argentyńskiego kurortu. Jedyna otwarta trasa na północ prowadzi wzdłuż wybrzeża atlantyckiego i dojazd stamtąd do Bariloche i z powrotem oznacza  nadłożenie ok. 800 km… Bliżej nam już będzie z Warszawy do Zakopanego. Uznaliśmy, że zamiast nart zobaczymy wieloryby.

Opłaty za przejazdy w Patagonii są drakońskie, mimo że benzyna jest dwukrotnie tańsza niż w Polsce. Firmy przewozowe, należące m.in. do polityków wysokich szczebli, utrzymują zmowę cenową i głową muru nie przebijesz. Dlatego pozostał nam autostop. Pierwszą próbę podjęliśmy w el Calafate. Po 3 godzinach stania na mrozie przy nieustającym śniegu w końcu udało nam się zatrzymać… autobus i z przesiadką po zaledwie 28 godzinach dotarliśmy do Puerto Madryn.

Tutaj w okresie od czerwca do grudnia bawią wieloryby. Wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy20 km do zatoki el Doradillo, gdzie można je podziwiać z brzegu, za darmo. Przez całą drogę towarzyszyły nam pieski małe dwa, które opuściły schronisko by popatrzeć z nami na wieloryby. Walenie podpływają bardzo blisko brzegu, znajdowały się  zaledwie 15 metrówod nas. Wydawały różne wielorybie dźwięki, a nad nimi fruwały ptaki próbujące podjeść trochę planktonu z ich grzbietów. Wieloryby żyją do 80 lat i osiągają rozmiary do17 metrówa wagę do 30 ton. Mieliśmy szczęście podziwiać kilkanaście wspaniałych okazów. Pieski dzielnie pokonały z nami drogę powrotną, a w nagrodę otrzymały po kanapce z kiełbasą.

Z Puerto Madryn znów próbowaliśmy szczęścia „haciendo dedo” (łapiąc stopa). O dziwo, w takiej Australii, gdzie łapanie stopa jest nielegalne, kierowcy bardzo często się zatrzymują i na uczęszczanych trasach nie czeka się dłużej niż pół godziny, a w Argentynie trzeba mieć mnóstwo czasu i cierpliwości. Czekaliśmy długo, ale warto było gdyż zakumplowaliśmy się z kilkoma kierowcami Tir-ów, którzy jedną ręką prowadzili auto, a drugą gotowali na kuchence mate. Rozmów na trasie 800 km mieliśmy wiele; o rodzinie, o pracy i płacy i oczywiście o kobietach. Kobiety to w ich oczach zło konieczne; niezrozumiałe istoty, którym zawsze coś nie pasuje, szukające pretekstu by wiercić człowiekowi dziurę w brzuchu. Ciężko bez nich żyć, ale nie można dać sobie wejść na głowę, tym bardziej, że na jednego Argentyńczyka w tym regionie przypada 10 kobiet więc jak to ujęli: „ nie to babsko to inne się znajdzie, zaraz za rogiem”.

Jednego dnia skończyliśmy naszą trasę  z kierowcą Tira na rozdrożu dróg. Zrobiło się już ciemno i nikt nie chciał nas zabrać. Znaleźliśmy więc na mapie najbliższe miasteczko leżące 8 kmod skrzyżowania do którego podwiózł nas pewien staruszek. Nie posiadaliśmy już namiotu, którego pozbyliśmy się myśląc, że już nam się nie przyda. Miasteczko San Antonio del Oeste nie widniało w naszym przewodniku. Szukaliśmy noclegu, ale miasto nie jest przygotowane na odwiedziny plecakowiczów i posiada jedynie hotele (zresztą o opłakanym standardzie). Zeszliśmy po nocy całe miasto i nie znaleźliśmy nic, na co byłoby nas stać. Błądząc po mieście trafiliśmy na spotkanie duszpasterskie, które gromadzi się tylko raz w tygodniu. Trwało kazanie dotyczące pomocy bliźniemu; jak należy wejść w jego skórę aby odgadnąć co go trapi i jak można mu pomóc. Po tym kazaniu wierni nie mieli wyjścia i wszyscy ruszyli nam z pomocą, a siostry zakonne użyczyły nam schronienia. Fakt, że pochodzimy z ziemi Jana Pawła II ewidentnie działał na naszą korzyść.

Kolejnego dnia wylądowaliśmy w innej nieturystycznej miejscowości Bahia Blanca, gdzie zostaliśmy ugoszczeni w hotelu robotniczym. W tym całkiem przyjemnym mieście ponownie (po południowej Patagonii) spotkaliśmy naszego ulubionego, niesamowicie pozytywnego, roześmianego i często rozmawiającego ze samym sobą Kolumbijczyka, podróżującego po Ameryce Południowej już ze 2 lata. By zarobić na dalszą wędrówkę dzierga paciorki i bransoletki, które sprzedaje w ciągu dnia, a nocki spędza głównie na dworcach, w autobusach lub czasem w hostelach. Z niewiadomych przyczyn na razie nie może wrócić do kraju gdyż „sprawy się skomplikowały”. Nie używa FB, maila, nie posiada telefonu ani nawet aparatu fotograficznego. Jego torba mieści ok. 30 litrów bagażu, a znaczną jej część zajmuje ogromna Biblia, która służy „do przechowywania różnych rzeczy”. Pamiętamy jak w El Calafate tłumaczył nam, że jedzie na studia do Buenos Aires. Gdy go ponownie spotkaliśmy po paru dniach zmienił zdanie i twierdził, że pojedzie do Brazylii i poczeka tam na mundial (który odbędzie się dopiero za 2 lata), a studia zacznie już po mundialu. Mężczyzna również zmiennym jest.

koko koko w lodowej krainie I 22 – 25.06.2012

Rio Turbio, El Calafate, Argentyna : 22.06.2012 – 25.06.2012

Po czym poznać, że znowu jesteśmy w Argentynie? Po strajkach. Jak coś się komuś nie podoba to wychodzi na ulicę i najczęściej blokuje drogę. Dla przykładu, niedawno kilku chłopaczków aplikowało o przyjęcie ich do pracy w dobrze prosperującej kopalni. Niestety, nie zostali przyjęci. Co zrobili? Zablokowali drogę wyjazdową z miasta pokazując, jaki ten świat jest niesprawiedliwy…

Chcieliśmy z chilijskiego Puerto Natales przedostać się do argentyńskiego El Calafate. Autobusy bezpośrednie zostały jednak wstrzymane na skutek awarii. Pozostało nam przebić się na stronę argentyńską i stamtąd próbować złapać kolejny autobus. Dojechaliśmy do Rio Turbio w Argentynie i tam utknęliśmy gdyż nikt nie miał benzyny na skutek strajków ciężarówek. Opustoszałe, zaśnieżone Rio Turbio z informacją turystyczną zamkniętą na cztery spusty wydało nam się mało przyjazne i postanowiliśmy szukać szczęścia łapiąc stopa. Była z nami 50-letnia Chilijka, którą poznaliśmy w naszym hostelu. Marcin pomagał nosić jej olbrzymie, wypchane do granic wytrzymałości torby – sztuk pięć. Chilijka, gdy się dowiedziała, że zamierzamy łapać stopa, poprosiła byśmy jej nie zostawiali samej i oznajmiła, że też chce iść z nami. No dobrze. Idziemy więc na obrzeża miasta w trójkę plus nasze dwa plecaki i pięć ogromnych toreb Chilijki, zastanawiając się kto zechce wziąć taki majdan.

Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu gdyż Chilijka wpadła na pomysł, że znajdzie taksówkarza, z którym spróbuje wynegocjować dobrą cenę. My w tym czasie stoimy jak te głupki na skrzyżowaniu, a śnieg pada i pada. Mamy jakieś dziwne uczucie, że jesteśmy obserwowani. Z okna naprzeciwko patrzy na nas dwóch chłopaków, po chwili jeden schodzi i zaprasza nas do siebie do biura na mate i kawę. Chcemy się ogrzać więc wchodzimy. A w środku znajduje się lokalna radiostacja – „Radio Turbio”. Dwójka Polaków to mega wydarzenie więc przeprowadzają z nami wywiad na żywo; „jak tu się znaleźliśmy, czemu zwiedzamy rzadko odwiedzane Rio Turbio (ukrywamy fakt, że wcale tu nie chcieliśmy wylądować), kim jesteśmy dla siebie. Małżeństwem? Świeżo po ślubie? Que lindo (jak pęknie!)”.

Opowiadamy, że bardzo chcemy dostać się do El Calafate, ale nikt nie ma benzyny. Nasi uprzejmi Argentyńczycy ogłaszają komunikat, że jeżeli ktokolwiek ma benzynę i jedzie do El Calafate to niech zabierze nas, dwójkę turystów z tak odległego kraju. Czekamy na odzew, patrząc gdzie nasza Chilijka.

Podchodzi do nas radiowy muzyk:

– Słuchajcie, może puścilibyśmy jakąś polską piosenkę. Czy macie w Polsce takiego Rickiego Martina albo coś wpadającego w ucho?- pyta się nas

Chwila zastanowienia. Rickiego Martina akurat nie mamy, ale za to…:

– Mamy taką piosenkę na czasie, nazywa się „Kokokoko euro spoko” gdyż teraz organizujemy Euro w Polsce, razem z Ukrainą

– „Koko, że jak”? Możecie nam to zapisać, sprawdzimy w internecie.

Chłopaki szukają i po trzech minutach puszczają w eter „Kokokoko”, tłumacząc słuchaczom, że Polska organizuje Euro. Chyba wpadło im w ucho bo zaczynają podśpiewywać pod nosem, co widać tu:

http://youtu.be/B3lgVhXb7JE

Dajemy im w podzięce za komunikat szalik Polski, który przejechał z nami pół świata. Wieszają go na honorowym miejscu. W zamian dają nam mini flagi Argentyny do przypięcia na klacie.

Przybiega nasza Chilijka. Z wypiekami na twarzy oznajmia nam, że znalazła transport do El Calafate. Dogadała się z jednym taksówkarzem, że zawiezie nas w zamian za jej aparat fotograficzny plus opłatę od nas w wysokości biletu autobusowego. Potwierdzamy czy na pewno chce stracić swój aparat, odpowiada nam, że z biegiem lat rzeczy materialne przestały mieć dla niej znaczenie. Jedyne czego pragnie, to jak najszybciej dojechać do męża, do Calafate.

Żegnamy się więc z chłopakami z radia i wsiadamy do taksówki. Częśc toreb wrzucamy do bagażnika, a część upychamy między nas. Prosimy by taksówkarz włączył radio Turbio. Nastawia odpowiednie fale, a w radiu znów rozbrzmiewa:

http://youtu.be/1a0SUEAmFiY

Chilijka podłapuje i też zaczyna gdekać. Dopytuje się nas co to znaczy. Jakby to wyjaśnić?

– Czy znasz dźwięk, który robi kura?- pytamy- W Polsce kura mówi „koko”.

– A co to ma wspólnego z Euro?- pyta Chilijka

Słuszne pytanie.

– No nic, ale „koko” przedstawia naszą kulturę, naszą polskość bo przedstawia kurę- sami nie wierzymy co za bzdury wygadujemy- generalnie chodzi o to, że „piłka leci gdzieś wysoko i ogólnie jest wszystko spoko”- tłumaczymy jej zawiłości polskiego folkloru.

Po 200 km dojeżdżamy do El Calafate.

W Calafate podziwiamy lodowiec „Perito Moreno” w parku narodowym Los Glaciares. Jest on ogromy,: ma aż 60 m wysokości, 14 km długości i 6 km szerokości. Co jakiś czas odłamują się od niego całe bloki lodu, którym towarzyszy niesamowity huk. Jeden raz łamie się coś w środku, nie widzimy gdzie dokładnie, ale hałas jest tak ogromny, że przez głowę przemyka myśl o natychmiastowej ewakuacji. Pod lodowcem spotykamy parę Francuzów, których poznaliśmy w Sydney, gdy próbowali sprzedać swoje auto na giełdzie w ciemnym i depresyjnym garażu. Znów utwierdzamy się w przekonaniu, że świat jest bardzo mały. Tak mały, że być może jakiś Polski turysta przejeżdżając przez Rio Turbio usłyszy w radio „Kokokoko”….

Na końcu świata I 17 – 22.06.2012

Punta Arenas: 17.06.2012 – 19.06.2012

Puerto Natales: 19.06.2012 – 22.06.2012

„Nie jedźcie do Patagonii, zamarzniecie tam o tej porze roku”- ostrzegali nas poznani niedawno Argentyńczycy, Chilijczycy i turyści. Faktycznie, sezon skończył się w marcu, od czerwca pozamykali większość „refugios” (schronisk). My się jednak uparliśmy, nie wiadomo przecież kiedy znów wrócimy do Ameryki Południowej, a ponadto jesteśmy z Polski, nam zima nie straszna.

Lot z Santiago obejmował dwie przesiadki- w Puerto Montt i Balmaceda. Po 5 godzinach wylądowaliśmy nad cieśniną Magellana (który odkrył i ochrzcił ten teren „Patagonią”) w Punta Arenas, najdalej na południe położonym mieście lądu stałego Ameryki Południowej. Pod nami wyspa – Ziemia Ognista, którą można dojrzeć przy dobrej pogodzie, a dalej już tylko Antarktyda. Poczuliśmy się jakbyśmy byli na końcu świata – wkoło ocean, góry, niesamowite pejzaże i mroźny wiatr, który ponoć potrafi zdmuchnąć chuderlaków. Atmosfera portowego miasta, pełnego marynarzy i rybaków. Teren bogaty w kopalnie, owce, ryby i owoce morza.

Przyjęło nas pod swój dach, na kanapę, świeżo upieczone małżeństwo. Ona Amerykanka, on Chilijczyk, a właściwie Patagończyk, jak siebie nazywają ludzie z dalekiego południa. Poznali się w Kolumbii i na razie żyją w jego rodzinnym mieście, do czasu aż on dostanie wizę do Stanów. Dziewczyna niesamowicie zaradna, zanim znalazła pracę w swoim zawodzie, zaczęła uczyć angielskiego, dziergać na drutach i piec ciasteczka, które to wyroby sprzedaje. Do tego naucza jogi, organizuje degustacje wina i hoduje roślinki jadalne. Zaprosiła nas na swój seans jogi, nazywa go joga-power, gdzie przy zgaszonym świetle, świecach i kadzidłach przez półtorej godziny wyginaliśmy się w pozycje psa, drzewa, ptaka i czegoś jeszcze. Poznaliśmy też ich znajomych, których ciężko było zrozumieć albowiem chilijski hiszpański mocno odbiega od oficjalnej wersji, m.in. czasownik w drugiej osobie l.poj. potrafi kończyć się na „ai”, posiadają własne nazewnictwo np. „mina” to „dziewczyna”, „pololo” oznacza „chłopaka, z którym się randkuje”, dodają przerywniki typu „cachai” (czaisz?), a drugiej formy liczby mnogiej raczej się nie używa. Dowiedzieliśmy się, że często Amerykanie w ogóle się nie uczą 2 os. liczby mnogiej gdyż prędzej odwiedzą Amerykę Południową, gdzie wiedza ta jest zbędna, aniżeli Hiszpanię.

Ładny widok na Punta Arenas rozciąga się z rezerwatu „Reserva de Magallanes”, 8km pod miastem. Rezerwat o tej porze roku jest bezpłatny, gdyż świeci pustkami, więc mieliśmy całe tony śniegu dla siebie. W końcu poczuliśmy klimat Bożego Narodzenia, którego brakowało nam na wyspach Andamańskich w grudniu… Porzucaliśmy się śnieżkami i wróciliśmy do miasta stopem, załapując się jeszcze na zobaczenie niesamowitego cmentarza miejskiego nocą.

Z Punta Arenas pojechaliśmy do Puerto Natales, miasteczka, które służy za bazę wypadową do Parku Torres del Paine. Niestety zamknięte zostały kilkudniowe trekkingi ze względu na opady śniegu. Do wyboru pozostała nam zorganizowana całodniowa wycieczka bądź jednodniowe wypady z jedynego otwartego schroniska, gdzie poza sezonem noc kosztuje 150 PLN od osoby, a w sezonie jeszcze drożej. Ogólnie ceny tu na południu są dużo wyższe niż w reszcie kraju.

Wykupiliśmy wycieczkę, tłumów w minibusie nie było- poza nami  jeden Anglik- Matt oraz żona i koleżanka kierowcy.

Nazwa parku „Torres del Paine” oznacza błękitne wieże (niebieskie w języku ludów niegdyś tam mieszkających). Pod koniec roku 2011, 27 grudnia, grupka turystów z Izraela niechcący wznieciła ogień w parku. Ewakuowano wszystkich turystów, gaszono wielokrotnie pożar, który rozprzestrzeniał się z zawrotną prędkością na skutek silnego wiatru, przedostając się na drugą stronę jeziora. Ziemia była tak wysuszona, że nawet jak z góry ugaszono ogień, to wznawiał się od środka ziemi, bowiem korzenie roślin zaczynały płonąć. Chile przyszły z pomocą ekipy strażaków z Argentyny, Brazylii i Urugwaju, a mimo to udało ugasić się pożar dopiero po 2 miesiącach, gdy pochłonął już połowę parku. Izraelczyków złapano jak uciekali z miejsca zbrodni i nałożono na nich skromną grzywnę. Jednak rząd Izraela poczuł brzemię odpowiedzialności i zobowiązał się pokryć koszty nowych nasadzeń, które rozpoczęto w marcu i zostaną wznowione w sierpniu-wrześniu. Polacy również mieli swój wkład w destrukcję parku. Mianowicie w 2005 roku Polak pichcił coś na przenośnej kuchence, na skutek czego spłonęła wschodnia część lasu, zniszczenia jednak nie osiągnęły takiej skali, a Polak sam się przyznał i oddał w ręce policji.

Mimo tych nieszczęśliwych wypadków, serce rośnie na widok parku. Góry, po których hasają guanaco (podobne do lamy) oraz nandu (z rodziny strusiowatych), nad głowami latające kondory i liczne laguny, których piękna żadne zdjęcia nie oddadzą, były jednymi z najpiękniejszych pejzaży jakie widzieliśmy w naszym życiu. Oto one:

http://youtu.be/k6b-9m_DerQ

Chile I 14 – 17.06.2012

Santiago de Chile, Valparaiso: 14.06.2012 – 17.06.2012

Zawierucha i śnieżyca po stronie chilijskiej spłatały nam figla i zmusiły do zostania noc dłużej w Mendozie. Z rana czatowaliśmy na dworcu czekając na kolejne raporty pogodowe przekazywane przez Chile. Santiago było prawie na wyciągnięcie ręki, jakieś 200-250 km w linii prostej od nas, ale na przeszkodzie stały zaśnieżone Andy.  Po południu autobusy dostały zielone światło i ruszyliśmy w stronę granicy argentyńsko-chilijskiej. Dość szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy jedynymi gringo, a ponad połowa autobusu to handlarze, a przede wszystkim handlarki szmuglujące różne towary przez granicę. Bez ogródek głośno debatowały o tym, która co chce przemycić; papierosy, alkohol, jakieś perfumy i oleje. Handlarki wymieniały się swoimi doświadczeniami i uzgadniały, który celnik jest najmilszy, a który najgroźniejszy. Najgroźniejsza okazała się pani celnik, ponoć niesamowita zołza, tudzież niezła zdzira, na którą trzeba bardzo uważać. Tuż przed granicą handlarki nagabywały nas byśmy wzięli od nich kilka toreb, jednak wizja spędzenia reszty życia w chilijskim więzieniu, gdyby okazało się, że przewozimy narkotyki a nie papierosy, sprawiła, że odmówiliśmy. Na granicy stres wśród handlarek przeniósł się na nas, Chilijczycy bowiem trzepią bagaże, a lista zabronionych produktów jest długa. Nie chcieliśmy oddać naszych owocków celnikom więc zjedliśmy wszystkie banany i mandarynki na granicy. Argentyna, tak jak Australia, też ma hopla na punkcie swojej flory i między poszczególnymi prowincjami nie wolno przewozić owoców, warzyw, czasem mięsa.

Nie wiemy jak to się stało, ale handlarki tak lawirowały między celnikami, rozbijając swoje towary na wiele pojedynczych toreb wrzucanych kolejno na taśmę, że nie wiadomo było już co do kogo należy i celnicy wszystkich przepuścili. Jak wsiedliśmy z powrotem do busa, kobiety świętowały zwycięstwo, poza jedną, która straciła sporą torbę, prawdopodobnie przechwyconą przez celników jako zapłata za przymrużanie na nie oka.

No i jesteśmy w Chile. W stolicy ludzie są zamożniejsi, ale wydają się tacy zabiegani i mniej uśmiechnięci niż ich sąsiedzi z ubogiej Boliwii. W Santiago mieliśmy spotkać się z kolegą, ale akurat pojechał do Polski na wakacje. Zostawił nam jednak klucze do mieszkania i czuliśmy się tam jak u siebie. Santiago jest przepięknie położone, otoczone górami. Jedyny mankament to smog, który, tak jak w Mexico City, nie ma ujścia i osadza się nad miastem. W Santiago śledziliśmy mecz ostatniej szansy i smutni wróciliśmy z oglądania rozgrywki Polska- Czechy.

150 km od Santiago leży Valparaiso, portowe miasto z wielobarwnymi domkami poprzyklejanymi do wzgórz. Domy są często ruderami, ale kolorowa farba jest niczym make-up ukrywający ich wiek. W Valparaiso szkoli się flota wojskowa Chile, a w porcie stoją chilijskie fregaty, którym nie wolno robić zdjęć.

Żal było opuszczać nam Santiago, ale mieliśmy już kupione bilety lotnicze do Punta Arenas. Patagonia nas wołała…