Archiwa blogu

koko koko w lodowej krainie I 22 – 25.06.2012

Rio Turbio, El Calafate, Argentyna : 22.06.2012 – 25.06.2012

Po czym poznać, że znowu jesteśmy w Argentynie? Po strajkach. Jak coś się komuś nie podoba to wychodzi na ulicę i najczęściej blokuje drogę. Dla przykładu, niedawno kilku chłopaczków aplikowało o przyjęcie ich do pracy w dobrze prosperującej kopalni. Niestety, nie zostali przyjęci. Co zrobili? Zablokowali drogę wyjazdową z miasta pokazując, jaki ten świat jest niesprawiedliwy…

Chcieliśmy z chilijskiego Puerto Natales przedostać się do argentyńskiego El Calafate. Autobusy bezpośrednie zostały jednak wstrzymane na skutek awarii. Pozostało nam przebić się na stronę argentyńską i stamtąd próbować złapać kolejny autobus. Dojechaliśmy do Rio Turbio w Argentynie i tam utknęliśmy gdyż nikt nie miał benzyny na skutek strajków ciężarówek. Opustoszałe, zaśnieżone Rio Turbio z informacją turystyczną zamkniętą na cztery spusty wydało nam się mało przyjazne i postanowiliśmy szukać szczęścia łapiąc stopa. Była z nami 50-letnia Chilijka, którą poznaliśmy w naszym hostelu. Marcin pomagał nosić jej olbrzymie, wypchane do granic wytrzymałości torby – sztuk pięć. Chilijka, gdy się dowiedziała, że zamierzamy łapać stopa, poprosiła byśmy jej nie zostawiali samej i oznajmiła, że też chce iść z nami. No dobrze. Idziemy więc na obrzeża miasta w trójkę plus nasze dwa plecaki i pięć ogromnych toreb Chilijki, zastanawiając się kto zechce wziąć taki majdan.

Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu gdyż Chilijka wpadła na pomysł, że znajdzie taksówkarza, z którym spróbuje wynegocjować dobrą cenę. My w tym czasie stoimy jak te głupki na skrzyżowaniu, a śnieg pada i pada. Mamy jakieś dziwne uczucie, że jesteśmy obserwowani. Z okna naprzeciwko patrzy na nas dwóch chłopaków, po chwili jeden schodzi i zaprasza nas do siebie do biura na mate i kawę. Chcemy się ogrzać więc wchodzimy. A w środku znajduje się lokalna radiostacja – „Radio Turbio”. Dwójka Polaków to mega wydarzenie więc przeprowadzają z nami wywiad na żywo; „jak tu się znaleźliśmy, czemu zwiedzamy rzadko odwiedzane Rio Turbio (ukrywamy fakt, że wcale tu nie chcieliśmy wylądować), kim jesteśmy dla siebie. Małżeństwem? Świeżo po ślubie? Que lindo (jak pęknie!)”.

Opowiadamy, że bardzo chcemy dostać się do El Calafate, ale nikt nie ma benzyny. Nasi uprzejmi Argentyńczycy ogłaszają komunikat, że jeżeli ktokolwiek ma benzynę i jedzie do El Calafate to niech zabierze nas, dwójkę turystów z tak odległego kraju. Czekamy na odzew, patrząc gdzie nasza Chilijka.

Podchodzi do nas radiowy muzyk:

– Słuchajcie, może puścilibyśmy jakąś polską piosenkę. Czy macie w Polsce takiego Rickiego Martina albo coś wpadającego w ucho?- pyta się nas

Chwila zastanowienia. Rickiego Martina akurat nie mamy, ale za to…:

– Mamy taką piosenkę na czasie, nazywa się „Kokokoko euro spoko” gdyż teraz organizujemy Euro w Polsce, razem z Ukrainą

– „Koko, że jak”? Możecie nam to zapisać, sprawdzimy w internecie.

Chłopaki szukają i po trzech minutach puszczają w eter „Kokokoko”, tłumacząc słuchaczom, że Polska organizuje Euro. Chyba wpadło im w ucho bo zaczynają podśpiewywać pod nosem, co widać tu:

http://youtu.be/B3lgVhXb7JE

Dajemy im w podzięce za komunikat szalik Polski, który przejechał z nami pół świata. Wieszają go na honorowym miejscu. W zamian dają nam mini flagi Argentyny do przypięcia na klacie.

Przybiega nasza Chilijka. Z wypiekami na twarzy oznajmia nam, że znalazła transport do El Calafate. Dogadała się z jednym taksówkarzem, że zawiezie nas w zamian za jej aparat fotograficzny plus opłatę od nas w wysokości biletu autobusowego. Potwierdzamy czy na pewno chce stracić swój aparat, odpowiada nam, że z biegiem lat rzeczy materialne przestały mieć dla niej znaczenie. Jedyne czego pragnie, to jak najszybciej dojechać do męża, do Calafate.

Żegnamy się więc z chłopakami z radia i wsiadamy do taksówki. Częśc toreb wrzucamy do bagażnika, a część upychamy między nas. Prosimy by taksówkarz włączył radio Turbio. Nastawia odpowiednie fale, a w radiu znów rozbrzmiewa:

http://youtu.be/1a0SUEAmFiY

Chilijka podłapuje i też zaczyna gdekać. Dopytuje się nas co to znaczy. Jakby to wyjaśnić?

– Czy znasz dźwięk, który robi kura?- pytamy- W Polsce kura mówi „koko”.

– A co to ma wspólnego z Euro?- pyta Chilijka

Słuszne pytanie.

– No nic, ale „koko” przedstawia naszą kulturę, naszą polskość bo przedstawia kurę- sami nie wierzymy co za bzdury wygadujemy- generalnie chodzi o to, że „piłka leci gdzieś wysoko i ogólnie jest wszystko spoko”- tłumaczymy jej zawiłości polskiego folkloru.

Po 200 km dojeżdżamy do El Calafate.

W Calafate podziwiamy lodowiec „Perito Moreno” w parku narodowym Los Glaciares. Jest on ogromy,: ma aż 60 m wysokości, 14 km długości i 6 km szerokości. Co jakiś czas odłamują się od niego całe bloki lodu, którym towarzyszy niesamowity huk. Jeden raz łamie się coś w środku, nie widzimy gdzie dokładnie, ale hałas jest tak ogromny, że przez głowę przemyka myśl o natychmiastowej ewakuacji. Pod lodowcem spotykamy parę Francuzów, których poznaliśmy w Sydney, gdy próbowali sprzedać swoje auto na giełdzie w ciemnym i depresyjnym garażu. Znów utwierdzamy się w przekonaniu, że świat jest bardzo mały. Tak mały, że być może jakiś Polski turysta przejeżdżając przez Rio Turbio usłyszy w radio „Kokokoko”….