Archiwa blogu

Dzienniki autostopowe I 25 – 30.06.2012

Rio Gallegos, Puerto Madryn, San Antonio Oeste, Bahia Blanca: 25.06.2012 – 30.06.2012

Ostatnią europejską zimę spędziliśmy głównie na plaży w Indiach i Tajlandii. Tęskniliśmy za śniegiem i „szczęśliwie” udało nam się trafić na zimę w Ameryce Południowej. Postanowiliśmy to wykorzystać i pojeździć trochę na nartach w argentyńskim kurorcie Bariloche. Plan już był, ceny ski-passów i hosteli ogarnięte, nawet ustaliliśmy wspólny termin z poznanymi w Boliwii Brazylijczykami. Niestety zamknęli drogę 40 (Ruta 40), która prowadziła bezpośrednio do argentyńskiego kurortu. Jedyna otwarta trasa na północ prowadzi wzdłuż wybrzeża atlantyckiego i dojazd stamtąd do Bariloche i z powrotem oznacza  nadłożenie ok. 800 km… Bliżej nam już będzie z Warszawy do Zakopanego. Uznaliśmy, że zamiast nart zobaczymy wieloryby.

Opłaty za przejazdy w Patagonii są drakońskie, mimo że benzyna jest dwukrotnie tańsza niż w Polsce. Firmy przewozowe, należące m.in. do polityków wysokich szczebli, utrzymują zmowę cenową i głową muru nie przebijesz. Dlatego pozostał nam autostop. Pierwszą próbę podjęliśmy w el Calafate. Po 3 godzinach stania na mrozie przy nieustającym śniegu w końcu udało nam się zatrzymać… autobus i z przesiadką po zaledwie 28 godzinach dotarliśmy do Puerto Madryn.

Tutaj w okresie od czerwca do grudnia bawią wieloryby. Wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy20 km do zatoki el Doradillo, gdzie można je podziwiać z brzegu, za darmo. Przez całą drogę towarzyszyły nam pieski małe dwa, które opuściły schronisko by popatrzeć z nami na wieloryby. Walenie podpływają bardzo blisko brzegu, znajdowały się  zaledwie 15 metrówod nas. Wydawały różne wielorybie dźwięki, a nad nimi fruwały ptaki próbujące podjeść trochę planktonu z ich grzbietów. Wieloryby żyją do 80 lat i osiągają rozmiary do17 metrówa wagę do 30 ton. Mieliśmy szczęście podziwiać kilkanaście wspaniałych okazów. Pieski dzielnie pokonały z nami drogę powrotną, a w nagrodę otrzymały po kanapce z kiełbasą.

Z Puerto Madryn znów próbowaliśmy szczęścia „haciendo dedo” (łapiąc stopa). O dziwo, w takiej Australii, gdzie łapanie stopa jest nielegalne, kierowcy bardzo często się zatrzymują i na uczęszczanych trasach nie czeka się dłużej niż pół godziny, a w Argentynie trzeba mieć mnóstwo czasu i cierpliwości. Czekaliśmy długo, ale warto było gdyż zakumplowaliśmy się z kilkoma kierowcami Tir-ów, którzy jedną ręką prowadzili auto, a drugą gotowali na kuchence mate. Rozmów na trasie 800 km mieliśmy wiele; o rodzinie, o pracy i płacy i oczywiście o kobietach. Kobiety to w ich oczach zło konieczne; niezrozumiałe istoty, którym zawsze coś nie pasuje, szukające pretekstu by wiercić człowiekowi dziurę w brzuchu. Ciężko bez nich żyć, ale nie można dać sobie wejść na głowę, tym bardziej, że na jednego Argentyńczyka w tym regionie przypada 10 kobiet więc jak to ujęli: „ nie to babsko to inne się znajdzie, zaraz za rogiem”.

Jednego dnia skończyliśmy naszą trasę  z kierowcą Tira na rozdrożu dróg. Zrobiło się już ciemno i nikt nie chciał nas zabrać. Znaleźliśmy więc na mapie najbliższe miasteczko leżące 8 kmod skrzyżowania do którego podwiózł nas pewien staruszek. Nie posiadaliśmy już namiotu, którego pozbyliśmy się myśląc, że już nam się nie przyda. Miasteczko San Antonio del Oeste nie widniało w naszym przewodniku. Szukaliśmy noclegu, ale miasto nie jest przygotowane na odwiedziny plecakowiczów i posiada jedynie hotele (zresztą o opłakanym standardzie). Zeszliśmy po nocy całe miasto i nie znaleźliśmy nic, na co byłoby nas stać. Błądząc po mieście trafiliśmy na spotkanie duszpasterskie, które gromadzi się tylko raz w tygodniu. Trwało kazanie dotyczące pomocy bliźniemu; jak należy wejść w jego skórę aby odgadnąć co go trapi i jak można mu pomóc. Po tym kazaniu wierni nie mieli wyjścia i wszyscy ruszyli nam z pomocą, a siostry zakonne użyczyły nam schronienia. Fakt, że pochodzimy z ziemi Jana Pawła II ewidentnie działał na naszą korzyść.

Kolejnego dnia wylądowaliśmy w innej nieturystycznej miejscowości Bahia Blanca, gdzie zostaliśmy ugoszczeni w hotelu robotniczym. W tym całkiem przyjemnym mieście ponownie (po południowej Patagonii) spotkaliśmy naszego ulubionego, niesamowicie pozytywnego, roześmianego i często rozmawiającego ze samym sobą Kolumbijczyka, podróżującego po Ameryce Południowej już ze 2 lata. By zarobić na dalszą wędrówkę dzierga paciorki i bransoletki, które sprzedaje w ciągu dnia, a nocki spędza głównie na dworcach, w autobusach lub czasem w hostelach. Z niewiadomych przyczyn na razie nie może wrócić do kraju gdyż „sprawy się skomplikowały”. Nie używa FB, maila, nie posiada telefonu ani nawet aparatu fotograficznego. Jego torba mieści ok. 30 litrów bagażu, a znaczną jej część zajmuje ogromna Biblia, która służy „do przechowywania różnych rzeczy”. Pamiętamy jak w El Calafate tłumaczył nam, że jedzie na studia do Buenos Aires. Gdy go ponownie spotkaliśmy po paru dniach zmienił zdanie i twierdził, że pojedzie do Brazylii i poczeka tam na mundial (który odbędzie się dopiero za 2 lata), a studia zacznie już po mundialu. Mężczyzna również zmiennym jest.