Na końcu świata I 17 – 22.06.2012

Punta Arenas: 17.06.2012 – 19.06.2012

Puerto Natales: 19.06.2012 – 22.06.2012

„Nie jedźcie do Patagonii, zamarzniecie tam o tej porze roku”- ostrzegali nas poznani niedawno Argentyńczycy, Chilijczycy i turyści. Faktycznie, sezon skończył się w marcu, od czerwca pozamykali większość „refugios” (schronisk). My się jednak uparliśmy, nie wiadomo przecież kiedy znów wrócimy do Ameryki Południowej, a ponadto jesteśmy z Polski, nam zima nie straszna.

Lot z Santiago obejmował dwie przesiadki- w Puerto Montt i Balmaceda. Po 5 godzinach wylądowaliśmy nad cieśniną Magellana (który odkrył i ochrzcił ten teren „Patagonią”) w Punta Arenas, najdalej na południe położonym mieście lądu stałego Ameryki Południowej. Pod nami wyspa – Ziemia Ognista, którą można dojrzeć przy dobrej pogodzie, a dalej już tylko Antarktyda. Poczuliśmy się jakbyśmy byli na końcu świata – wkoło ocean, góry, niesamowite pejzaże i mroźny wiatr, który ponoć potrafi zdmuchnąć chuderlaków. Atmosfera portowego miasta, pełnego marynarzy i rybaków. Teren bogaty w kopalnie, owce, ryby i owoce morza.

Przyjęło nas pod swój dach, na kanapę, świeżo upieczone małżeństwo. Ona Amerykanka, on Chilijczyk, a właściwie Patagończyk, jak siebie nazywają ludzie z dalekiego południa. Poznali się w Kolumbii i na razie żyją w jego rodzinnym mieście, do czasu aż on dostanie wizę do Stanów. Dziewczyna niesamowicie zaradna, zanim znalazła pracę w swoim zawodzie, zaczęła uczyć angielskiego, dziergać na drutach i piec ciasteczka, które to wyroby sprzedaje. Do tego naucza jogi, organizuje degustacje wina i hoduje roślinki jadalne. Zaprosiła nas na swój seans jogi, nazywa go joga-power, gdzie przy zgaszonym świetle, świecach i kadzidłach przez półtorej godziny wyginaliśmy się w pozycje psa, drzewa, ptaka i czegoś jeszcze. Poznaliśmy też ich znajomych, których ciężko było zrozumieć albowiem chilijski hiszpański mocno odbiega od oficjalnej wersji, m.in. czasownik w drugiej osobie l.poj. potrafi kończyć się na „ai”, posiadają własne nazewnictwo np. „mina” to „dziewczyna”, „pololo” oznacza „chłopaka, z którym się randkuje”, dodają przerywniki typu „cachai” (czaisz?), a drugiej formy liczby mnogiej raczej się nie używa. Dowiedzieliśmy się, że często Amerykanie w ogóle się nie uczą 2 os. liczby mnogiej gdyż prędzej odwiedzą Amerykę Południową, gdzie wiedza ta jest zbędna, aniżeli Hiszpanię.

Ładny widok na Punta Arenas rozciąga się z rezerwatu „Reserva de Magallanes”, 8km pod miastem. Rezerwat o tej porze roku jest bezpłatny, gdyż świeci pustkami, więc mieliśmy całe tony śniegu dla siebie. W końcu poczuliśmy klimat Bożego Narodzenia, którego brakowało nam na wyspach Andamańskich w grudniu… Porzucaliśmy się śnieżkami i wróciliśmy do miasta stopem, załapując się jeszcze na zobaczenie niesamowitego cmentarza miejskiego nocą.

Z Punta Arenas pojechaliśmy do Puerto Natales, miasteczka, które służy za bazę wypadową do Parku Torres del Paine. Niestety zamknięte zostały kilkudniowe trekkingi ze względu na opady śniegu. Do wyboru pozostała nam zorganizowana całodniowa wycieczka bądź jednodniowe wypady z jedynego otwartego schroniska, gdzie poza sezonem noc kosztuje 150 PLN od osoby, a w sezonie jeszcze drożej. Ogólnie ceny tu na południu są dużo wyższe niż w reszcie kraju.

Wykupiliśmy wycieczkę, tłumów w minibusie nie było- poza nami  jeden Anglik- Matt oraz żona i koleżanka kierowcy.

Nazwa parku „Torres del Paine” oznacza błękitne wieże (niebieskie w języku ludów niegdyś tam mieszkających). Pod koniec roku 2011, 27 grudnia, grupka turystów z Izraela niechcący wznieciła ogień w parku. Ewakuowano wszystkich turystów, gaszono wielokrotnie pożar, który rozprzestrzeniał się z zawrotną prędkością na skutek silnego wiatru, przedostając się na drugą stronę jeziora. Ziemia była tak wysuszona, że nawet jak z góry ugaszono ogień, to wznawiał się od środka ziemi, bowiem korzenie roślin zaczynały płonąć. Chile przyszły z pomocą ekipy strażaków z Argentyny, Brazylii i Urugwaju, a mimo to udało ugasić się pożar dopiero po 2 miesiącach, gdy pochłonął już połowę parku. Izraelczyków złapano jak uciekali z miejsca zbrodni i nałożono na nich skromną grzywnę. Jednak rząd Izraela poczuł brzemię odpowiedzialności i zobowiązał się pokryć koszty nowych nasadzeń, które rozpoczęto w marcu i zostaną wznowione w sierpniu-wrześniu. Polacy również mieli swój wkład w destrukcję parku. Mianowicie w 2005 roku Polak pichcił coś na przenośnej kuchence, na skutek czego spłonęła wschodnia część lasu, zniszczenia jednak nie osiągnęły takiej skali, a Polak sam się przyznał i oddał w ręce policji.

Mimo tych nieszczęśliwych wypadków, serce rośnie na widok parku. Góry, po których hasają guanaco (podobne do lamy) oraz nandu (z rodziny strusiowatych), nad głowami latające kondory i liczne laguny, których piękna żadne zdjęcia nie oddadzą, były jednymi z najpiękniejszych pejzaży jakie widzieliśmy w naszym życiu. Oto one:

http://youtu.be/k6b-9m_DerQ

Chile I 14 – 17.06.2012

Santiago de Chile, Valparaiso: 14.06.2012 – 17.06.2012

Zawierucha i śnieżyca po stronie chilijskiej spłatały nam figla i zmusiły do zostania noc dłużej w Mendozie. Z rana czatowaliśmy na dworcu czekając na kolejne raporty pogodowe przekazywane przez Chile. Santiago było prawie na wyciągnięcie ręki, jakieś 200-250 km w linii prostej od nas, ale na przeszkodzie stały zaśnieżone Andy.  Po południu autobusy dostały zielone światło i ruszyliśmy w stronę granicy argentyńsko-chilijskiej. Dość szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy jedynymi gringo, a ponad połowa autobusu to handlarze, a przede wszystkim handlarki szmuglujące różne towary przez granicę. Bez ogródek głośno debatowały o tym, która co chce przemycić; papierosy, alkohol, jakieś perfumy i oleje. Handlarki wymieniały się swoimi doświadczeniami i uzgadniały, który celnik jest najmilszy, a który najgroźniejszy. Najgroźniejsza okazała się pani celnik, ponoć niesamowita zołza, tudzież niezła zdzira, na którą trzeba bardzo uważać. Tuż przed granicą handlarki nagabywały nas byśmy wzięli od nich kilka toreb, jednak wizja spędzenia reszty życia w chilijskim więzieniu, gdyby okazało się, że przewozimy narkotyki a nie papierosy, sprawiła, że odmówiliśmy. Na granicy stres wśród handlarek przeniósł się na nas, Chilijczycy bowiem trzepią bagaże, a lista zabronionych produktów jest długa. Nie chcieliśmy oddać naszych owocków celnikom więc zjedliśmy wszystkie banany i mandarynki na granicy. Argentyna, tak jak Australia, też ma hopla na punkcie swojej flory i między poszczególnymi prowincjami nie wolno przewozić owoców, warzyw, czasem mięsa.

Nie wiemy jak to się stało, ale handlarki tak lawirowały między celnikami, rozbijając swoje towary na wiele pojedynczych toreb wrzucanych kolejno na taśmę, że nie wiadomo było już co do kogo należy i celnicy wszystkich przepuścili. Jak wsiedliśmy z powrotem do busa, kobiety świętowały zwycięstwo, poza jedną, która straciła sporą torbę, prawdopodobnie przechwyconą przez celników jako zapłata za przymrużanie na nie oka.

No i jesteśmy w Chile. W stolicy ludzie są zamożniejsi, ale wydają się tacy zabiegani i mniej uśmiechnięci niż ich sąsiedzi z ubogiej Boliwii. W Santiago mieliśmy spotkać się z kolegą, ale akurat pojechał do Polski na wakacje. Zostawił nam jednak klucze do mieszkania i czuliśmy się tam jak u siebie. Santiago jest przepięknie położone, otoczone górami. Jedyny mankament to smog, który, tak jak w Mexico City, nie ma ujścia i osadza się nad miastem. W Santiago śledziliśmy mecz ostatniej szansy i smutni wróciliśmy z oglądania rozgrywki Polska- Czechy.

150 km od Santiago leży Valparaiso, portowe miasto z wielobarwnymi domkami poprzyklejanymi do wzgórz. Domy są często ruderami, ale kolorowa farba jest niczym make-up ukrywający ich wiek. W Valparaiso szkoli się flota wojskowa Chile, a w porcie stoją chilijskie fregaty, którym nie wolno robić zdjęć.

Żal było opuszczać nam Santiago, ale mieliśmy już kupione bilety lotnicze do Punta Arenas. Patagonia nas wołała…

Na winnym szlaku I 12 – 14.06.2012

Mendoza, Maipu: 12.06.2012 – 14.06.2012

Pierwszą rocznicę naszego ślubu obchodziliśmy w niesamowicie romantycznych okolicznościach – autobusie jadącym z Cafayate do Mendozy. Przesiadka następowała w handlarskim mieście Tucuman, gdzie mieliśmy 2 godziny na świętowanie. Za krótko na porządnego steka więc poradziliśmy się miejscowych co tu można przekąsić. Wybór padł na „empanadas”. „Empanadas”, serwowane również w Hiszpanii, to rodzaj pieroga o kruchym cieście z farszem, którego się nie gotuje czy smaży jak w Polsce, tylko piecze. Empanady z Tucuman nazywane są pieszczotliwie „empanadas de piernas abiertas”, czyli pierogi z otwartymi nogami. Farsz jest tak soczysty, że jedząc je trzeba stanąć w rozkroku aby sos ściekał między nogami, a nie na ubranie. Najsmaczniejsze są te nadziewane kurczakiem z dodatkiem cebuli i jajka, ale są też wersje z żółtym serem czy warzywami. Mniami!

Gdy dotarliśmy do Mendozy poszliśmy oczywiście zjeść porządną sztukę mięcha z wieloma warzywnymi dodatkami, a na deser każde dostało swój ulubiony przysmak – odpowiednio lody i naleśniki. Naleśniki były nadziewane „dulce de leche” – mlekiem kandyzowanym, które rządzi w Argentynie (a jak się potem dowiedzieliśmy również w Chile i Brazylii). Mleczkiem smaruje się kanapki na śniadanie, taka bomba kaloryczna na dobry początek dnia, a później można wypić kawę zagryzając tradycyjnymi ciasteczkami „alfajores”- przekładanych dulce de leche, a jakże. Może w końcu uda nam się przytyć na kandyzowanym mleczku… Z kolei lody są w Argentynie wyborne, pewnie ze względu na dużą liczbę włoskich imigrantów.

Samo miasto Mendoza jest bardzo przyjemne. Dużo tam kolonialnych budynków. Klimat przypomina średniej wielkości miasto hiszpańskie lub włoskie, bardzo ładne.

Aż 70% win produkowanych w Argentynie pochodzi z regionu Mendozy. Niedaleko pod miastem, w Maipu, można podziwiać liczne winnice i za niewielką opłatą degustować lokalne wyroby. Udaliśmy się tam z poznaną Joasią, Nowozelandką o polskich korzeniach. Winnice są oddalone od siebie o kilka kilometrów więc najciekawiej i najłatwiej zwiedza się je na rowerze. Gdy płaciliśmy za rowery młoda Argentynka z wypożyczalni dała nam następujące instrukcje:

– trzeba jeździć w kasku

– trzeba oddać rower do 19.00

– nie wolno uciekać przed policją.

Zdziwiliśmy się na to ostatnie przykazanie, wtedy nam wytłumaczyła:

„Wy, gringos boicie się policji, zupełnie niepotrzebnie. Nasza policja patroluje tutejsze drogi by chronić turystów więc nawet jak jesteście pijani po winie to się nie martwcie, policja was będzie eskortować by nic wam się nie stało. Ja to wszystkim tłumaczę, a potem jak policja kogoś pijanego chce zatrzymać by mu pomóc to ten ucieka w pole. Nie róbcie tak proszę, dla waszego dobra”.

Obiecaliśmy, że nie będziemy uciekać w pole przed naszymi nowymi przyjaciółmi- argentyńskimi policjantami i ruszyliśmy opijać się winem. Dziwne, że produkcję wina w Argentynie rozpoczęli dopiero Hiszpanie i Argentyna nie posiada żadnego własnego szczepu, wszystkie szczepy i ich nazwy pochodzą z Europy: Hiszpanii, Francji, Włoch.. Zdziwiła nas bardzo jedna winnica, najstarsza w regionie, należąca do rodziny Tomaso. Tutaj wino leżakowało w betonowych zbiornikach, wyłożonych od środka żywicą miodową. Aktualnie nie używają już tej metody, może lepiej bo wino z betonem jakoś nie idzie w parze. Generalnie wino leżakuje w dębowych beczkach sprowadzanych z Francji i Stanów Zjednoczonych, gdyż południowoamerykańskie drewno nie nadaje się do fermentacji.  Próbowaliśmy różnych szczepów, takich jak „Malbec”, „Cabernet Sauvignon” czy „Shiraz”. Smakowały nam, ale nie rzuciły nas na kolana. Daleko nam do kiperów, ale wina francuskie czy australijskie dużo bardziej przypadły naszym kubkom smakowym. Bardziej od wycieczek winnych spodobała nam się degustacja wyrobów oliwnych (oliwy, pasty oliwne) i likierów (najlepszym likierem był absynt). Lekko się wstawiliśmy, ale przyjaciele policjanci nas nie zatrzymali 😉

Bienvenidos a Argentina I 7 – 11.06.2012

Salta: 07.06.2012 – 09.06.2012

Cafayate: 09.06.2012 – 11.06.2012

Przejazd z Boliwii do Argentyny był dla nas ogromną zmianą.

Argentyna jest mieszanką przybyszów z Europy, głównie Hiszpanów i Włochów, ale też Francuzów, Niemców, Chorwatów etc. Nie widzi się już tylu rdzennych mieszkańców co w Boliwii czy Peru. Ludzie ubierają się bardziej europejsko. Nie uświadczysz pięknych plisowanych spódniczek i meloników. Miasta przypominają te w Hiszpanii czy Włoszech, z dużą ilością kolonialnych budynków w centrum i kościołów urządzonych z przepychem. Wysokości też są inne – w Boliwii nie schodziliśmy poniżej2.000 mn.p.m., tu miasta położone są na terenach nizinnych lub na zwykłych wyżynach.

To co nas zachwyciło to otwartość Argentyńczyków, którzy zaczynają konwersację prosto z mostu, a kończą całując cię w policzek, przytulając i żegnając jakbyście znali się od lat. Co prawda nasze pierwsze wrażenia były wręcz odwrotne (w La Quiaca kłótnia z naganiaczem autobusowym a w Salcie ostra wymiana zdań z nadpobudliwym „wydawaczem walizek”, który bez dodatkowej opłaty nie chciał na wydać bagaży), ale szybko zmieniliśmy zdanie.

Jeżeli chodzi o kwestie językowe to argentyński akcent jest niesamowicie charakterystyczny gdyż Argentyńczycy czytają litery „ll” oraz „y” jako „ź”. W Boliwii i Peru słyszeliśmy czystszą formę kastylijskiego, co prawda z olbrzymią ilością zdrobnień w Boliwii. Życie nocne kwitnie i ciężko zjeść kolację przed godziną 20-21. Na imprezy wychodzi się o 1- 2 w nocy, jeszcze później niż w Hiszpanii.

Naszym pierwszym przystankiem w Argentynie była Salta – 600 tys. miasto pełne wdzięku, z głównym placem Plaza de 9 de Julio. Udało nam się obejrzeć w hostalu mecz Polski z Grecją. Przysiadł się do nas Francuz, Paul, który wspierał Obraniaka oraz Niemiec, który też musiał nam kibicować :). Potem poznaliśmy holenderską dziewczynę Paula i wspólnie wspięliśmy się na wzgórze Cerro San Bernardo. Wieczorem Francuz, jako znawca tematu, dyrygował wspólnemu gotowaniu steków i makaronu. W naszym hostelu mieszkała cała grupa studentek argentyńskich o przekroju wiekowym 21-55 lat, które przyjechały do Salty na konferencję dot. turystyki. Argentynki robiły sobie sesje zdjęciowe z wszystkimi obcokrajowcami, szczególnie chłopakami. Zdjęcia miały ponoć służyć do referatów na studiach. Potem dziewczyny pokazywały nam regionalne tańce i jak nadeszła odpowiednia pora, czyli 2 w nocy, wyszliśmy na argentyńskie disco. Argentynki, jak chyba lwia część Latynosów, mają taniec we krwi i ruszały się przepięknie, aż miło było na nie patrzeć.

Z Salty pojechaliśmy do miasteczka Calafate, gdzie włoska emigracja daje o sobie znać poprzez liczne lodziarnie i pizzerie. Wieczorem udaliśmy się na spektakl, który miał się odbyć w domu kultury. Czekaliśmy na aktorów jakieś półtorej godziny. Gdy dotarli nieprzygotowani, bez strojów, skończyła nam się cierpliwość i wyszliśmy. Reszta publiki siedziała wytrwale, nie dziwiąc się tym opóźnieniom. Natomiast pani z administracji, gdy pytaliśmy się kilkakrotnie kiedy w końcu rozpocznie się przedstawienie, odpowiadała jedynie „ za momencik, za momencik”.

W Calafate wypożyczyliśmy rowery i wsiedliśmy z nimi w autobus, który zawiózł nas 50 km poza miasto. Stąd ruszyliśmy w drogę powrotną, już pedałując i podziwiając różne ciekawe formacje skalne. Po powrocie załapaliśmy się jeszcze na mszę i procesję z okazji Bożego Ciała. Kościół pękał w szwach, a komunię podawały także kobiety. Bardzo odpoczęliśmy (jakbyśmy mieli od czego;) w sielskim Cafayate.

Na dzikim zachodzie I 6 – 7.06.2012

Tupiza, 06.06.2012 – 07.06.2012

Na konikach jeździliśmy ostatnio w liceum i w podstawówce, ale nadarzyła się okazja aby znów usiąść w siodle. Istnieje stworzone do tego miejsce właśnie w Boliwii, wśród czerwonych skał, kaktusów i wąwozów rodem z amerykańskich westernów. Miejsce to nosi nazwę Tupiza i leży 3h od granicy boliwijsko-argentyńskiej w Villazon. Tereny są na tyle westernowe, że nawet kręcone tam były sceny klasyka – Butch Cassidy i Sundance Kid. Jeździliśmy raczej stępem, w porywach do kłusa, na galop się nie odważyliśmy.

Po wizycie w Tupizie przyszło nam pożegnać się z krajem pełnym pań w melonikach oraz tysiąca lam. A propos, mięso lamy nam bardzo smakowało; przypomina wołowinę, ale jest bardziej miękkie i ma odcień szarości. Opuszczaliśmy Boliwię gdy boliwijski prezydent Evo Morale Ayma prosił prezydenta Chile Sebastián Piñera o oddanie kawałka morza, które Chile zabrało Boliwii w wojnie o Pacyfik (1879-1883). Mimo, że tyle lat upłynęło, Boliwijczycy cały czas wypominają ten fakt Chile i żądają wznowienia negocjacji w tej sprawie.

Salar de Uyuni i Altiplano I 2 – 5.06.2012

Uyuni, Salar de Uyuni i wyżyna Altiplano: 02.06.2012 – 05.06.2012

Z Potosi przedostaliśmy się do pustynnego i sennego          miasteczka Uyuni. Tu wykupiliśmy 3-dniową wycieczkę jeepem obejmującą zwiedzanie wyżyny boliwijskiej- altiplano na wysokościach od 3.500 do5.000 mn.p.m.. Przybyliśmy na miejsce z rana i poznaliśmy kolejnych uczestników wyprawy- dwóch Brazylijczyków- Rogi i Thiago oraz parę z Chile- Isabel i Diego. Naszym kierowcą- przewodnikiem okazał się być sympatycznie wyglądający Sacarias.

Pierwszego dnia z rana podjechaliśmy na obrzeża Uyuni, gdzie znajduje się cmentarzysko starych pociągów. Stamtąd wjechaliśmy na największą na świecie płaszczyznę solną, liczącą 12,106 km2 – Salar de Uyuni. Niegdyś stanowiła ona część prehistorycznego jeziora Lago Minchin zajmującego większość południowo zachodniej Boliwii. Przejeżdżaliśmy przez białe przestrzenie ciągnące się po horyzont. Nam sól przypominała śnieg, a naszym Brazylijczykom, którzy nigdy śniegu nie widzieli, sól przypominała sól. Nagle z tej soli wyrosła wyspa, cała porośnięta kaktusami- „Isla del Pascador” (Wyspa rybaka). Ludność miejscowa pracuje przy osuszaniu soli, usypując z niej stożki, następnie sól trafia na boliwijskie stoły. Wieczór i noc spędziliśmy na skraju morza soli, w solnym hostalu, gdzie nocą było piekielnie zimno.

Drugiego dnia zwiedzaliśmy laguny – (m in. czerwona laguna Colorada) z masą flemingów, góry i górki, gdzieniegdzie przebiegały lamy, alpaki, emu i inne zwierzaczki, a na horyzoncie majestatycznie górowały wulkany. Widzieliśmy przepiękną formację skalną w kształcie drzewa. Pod koniec dnia nasz kierowca, który okazał się bardzo małomówny tudzież gburowaty,  zauważył, że przecieka nam chłodnica. Nie mieliśmy zbyt dużo wody by móc schłodzić silnik więc Brazylijczycy zaradzili sikając do butelek i przelewając zawartość do chłodnicy. Na postoju kierowcy innych jeepów w geście solidarności również nasikali do naszej chłodnicy i tak dojechaliśmy na nocleg. Wieczorem nasz kierowca łatał dziury jakąś gumą. Po kolejnej mroźnej nocy, o 5 rano ruszyliśmy nad bulgocące gejzery i potem dalej na gorące źródła. Z oporem zrzuciliśmy z siebie setki warstw i wskoczyliśmy do wody. Gdy wystarczająco się odmoczyliśmy, ruszyliśmy zobaczyć ostatni punkt programu- laguna verde (zieloną lagunę). Stąd pozostało nam ok. 7h do Uyuni. Chłodnica jednak zaczęła odmawiać posłuszeństwa, znów zaczęła przeciekać. Jechaliśmy bardzo wolno, wszystkie samochody zdążyły nas prześcignąć. Zaczęliśmy protestować, że chcemy przesiąść się do innego auta, gdyż jechało kilka pustych jeepów z granicy chilijskiej do Uyuni, ale byliśmy tak wolni, że wszyscy nas prześcignęli i jechaliśmy jako ostatni. Nasz kierowca zapewniał, że dojedziemy do Uyuni z tą nieszczęsną chłodnicą. Co 20 minut mieliśmy postój na dolewkę wody, sików, a czasem jajka do chłodnicy. Na szczęście trasa powrotna wiodła przez tereny bogate w wodę. Już witaliśmy się z gąską, zostały nam bowiem 2 godziny do Uyuni, kiedy nasza chłodnica uznała, że ma dość i eksplodowała z hukiem. Wtedy kierowca się poddał mówiąc: „no mas” i biernie czekał co dalej nastąpi, jakby miał się zdarzyć cud. Byliśmy już tak wściekli na jego wcześniejsze zachowanie, że wzięliśmy sprawy w swoje ręce i zaczęliśmy łapać stopa. Jednak żaden z przejeżdżających samochodów nie jechał do Uyuni, jedynie do pobliskich wiosek. W końcu nadjechały 2 jeepy wracające z granicy, które uprosiliśmy by nas zabrały obiecując, że nasza agencja zwróci za nasz przejazd. Za darmo nikt nie chciał pomóc… Wpakowaliśmy się więc w czwórkę z Brazylijczykami na tylne siedzenie, a Chilijczyków wysłaliśmy drugim jeepem. Gdy podjechaliśmy do Uyuni nasza agencja była nieskora do zapłacenia za cokolwiek więc pozostawiliśmy obie strony samym sobie i czmychnęliśmy. Tak skończyliśmy naszą wycieczkę i ledwo zdążyliśmy na wcześniej wykupiony autobus do Tupizy. Sacarias-a firma miała zholować w ciągu dwóch godzin więc nie zostawiliśmy go na pastwę losu.

Najwyżej położone miasta świata I 29.05 – 02.06.2012

La Paz: 29.05.2012 – 31.05.2012

Potosi: 31.05.2012 – 02.06.2012

W mieście pokoju nie zaznasz spokoju; wszystko tętni, wszystko dudni, a Boliwijki w melonikach handlują czym popadnie. Panie są raczej niskie i krępe, noszą plisowane spódnice do kolan z tysiącem halek, które jeszcze bardziej uwypuklają ich krągłości. La Paz (hiszp. „pokój”), najwyżej położona stolica świata (rządowa i faktyczna stolica, chociaż konstytucyjna stolica to Sucre), wygląda niczym olbrzymi bazar usiany między zboczami gór. Nie ma supermarketów w europejskim znaczeniu tego słowa, całe centrum jest ulicznym supermarketem. Jedne ulice specjalizują się w sprzedaży ubrań i jedzenia, inne w sprzedaży agd, a kolejne w sprzedaży mebli. Wszędzie jest pod górę albo z górki, a wysokość3660 m.n.p.m. oznacza mniej tlenu i sapanie przy kolejnym wzniesieniu. Biedniejsze dzielnice są położone jeszcze wyżej, aż do4.100 mn.p.m.

Z La Paz pojechaliśmy do Potosi- miasta kopalń, najwyżej położonego miasta na świecie ( 4.070 m n.p.m.). Można wykupić tu wycieczkę aby czołgać się wąskimi tunelami przy świetle latarki głęboko pod ziemią, morusając się kopalnianym pyłem. Marcin się zdecydował, Ola w tym czasie postanowiła skorzystać z dobrodziejstw internetu. Sama wycieczka jest bardzo pouczająca i interesująca. Najpierw jedzie się na targ górników, aby zakupić dla nich prezenty, takie jak liście koki, spirytus lub dynamit, potem wizyta w przetwórni minerałów – to tam gdzie ze skał wydobywają np. srebro w proszku. Niestety Boliwia nie posiada technologii, aby ów proszek zamienić w pełnowartościowe srebro. Kolejnym elementem wycieczki jest ok. 2,5h wizyta w działającej kopalni, gdzie weszliśmy do 3-go poziomu z 6-ciu możliwych (czyli „jedynie” 400 m pod szczytem góry). Korytarze są różne, czasem można iść wyprostowanym, czasem trzeba się czołgać, raz schodzi się po drabinie, a kiedy indziej przeciskasz się przez skały. Warunki niczym nie przypominają kopalń europejskich: brak jest wind, szybów wentylacyjnych, światła, komór bezpieczeństwa itd. Górnicy zarabiają dobrze, ale dłużej niż 20 lat pod ziemią mało który tu przeżył. A pracują bardzo ciężko, często 24h pod rząd, bez wychodzenia na powierzchnię, bez jedzenia, żując tylko liście koki. Wg. mojego przewodnika w ciągu ok. 400 lat działania kopalni zginęło tu aż 8 mln ludzi. Górnictwo w Boliwii ponoć nie podlega żadnym regulacjom prawnym, toteż bezpieczeństwo i zasady BHP są na poziomie średniowiecza. Bo czyż w regulowanej kopalni pozwoliliby nam odpalić laskę dynamitu 🙂 ?

Titicaca I 26-29.05.2012

Jezioro Titicaca I 26-29.05.2012

Puno oraz Islas Flotantes, Peru: 26.05.2012 – 28.05.2012

Copacabana oraz Isla del Sol, Boliwia: 28.05.2012 – 29.05.2012

Jezioro Titicaca, największe wysokogórskie jezioro świata wydaje się nie mieć końca, wygląda raczej jak morze, a nie jak jezioro. Od lat ludność miejscowa zamieszkiwała na wyspach, które tworzyli z bloków ziemnych i słomy.

Poszliśmy do portu w mieścinie Puno i za 10 soli wykupiliśmy 4- godzinną wycieczkę na najbliższe wyspy. Cała konstrukcja ma3 metrygłębokości i aby nie odpłynęła, zakotwicza się wyspę przy pomocy eukaliptusowych pali ze wszystkich stron. Miejsce jest bardzo turystyczne, zarządca jednej wyspy tłumaczył nam, jak to ludzie żyją z rybołówstwa i myślistwa, jednak aktualnie chyba turystyka jest ich głównym źródłem utrzymania. Kupiliśmy kilka prostych wyrobów, które potencjalnie sami wyprodukowali.

Załoga naszego stateczku składała się prawie z samych Peruwiańczyków. Jedna Peruwiańska turystka pochodząca z Limy, z którą się zakumplowaliśmy, nakreśliła nam bardzo smutny obraz związków damsko-męskich w Peru. Mimo, że jest to tak wierzący, katolicki kraj, większość par żyje na kocią łapę i niestety na porządku dziennym są sytuacje, w których kobieta zachodzi w ciążę, a mężczyzna wtedy ją porzuca. Zdrady są nagminne, głównie po stronie samców, a „maczyzm” wszechobecny. Jeśli tylko mężczyznę na to stać, to woli aby kobieta została w domu i nie pracowała by mieć nad nią większą kontrolę. Bicie żony jest rzeczą powszechną. Żona może zgłosić ten fakt na policję, ale wtedy zamkną jej męża na jedną noc, a potem wypuszczą bez żadnych konsekwencji. Bojąc się, że sama na siebie nie zarobi i nie wykarmi dzieci, kobieta tkwi przy bijącym czy zdradzającym mężu całe życie. I nie są to sporadyczne przypadki na wsiach, ale według naszej rozmówczyni, tak wygląda sytuacja również w dużych miastach, w całym Peru. Twierdziła, że Peruwiańczycy są dość kochliwi i lubią skakać z kwiatka na kwiatek.

Wracając do jeziora Titicaca, bardziej dostrzegliśmy jego piękno nocując na wyspie Słońca- wyspie, na której urodziło się słońce (już po przekroczeniu granicy, po stronie boliwijskiej). Sama wyspa jest bardzo urokliwa, idealna na krótsze i dłuższe spacery. Tutaj usiedliśmy na kolację w lokalnej restauracyjce. Łącznie zeszło się tam dziesięcioro turystów. Właściciele knajpy- starsze, boliwijskie małżeństwo, biegało jak w ukropie aby obsłużyć tak wielką klientelę. Lokal na wszystkich ścianach posiadał wielkie okna więc byliśmy świadkami jak co chwilę nasz gospodarz biegał do sklepu15 metrówdalej po brakujące produkty. Czekaliśmy na jedzeni lata świetle, w których gospodarz zrobił dziesięć kursów do sklepu obok, głównie po wina.

Po kolacji sami udaliśmy się do sklepiku po wino. W sklepie siedział leciwy Boliwijczyk, który poinformował nas, że jeżeli chcemy mieć bezpieczną podróż i nie połamać nóg, powinniśmy złożyć ofiarę z liści koki i odrobiny wina dla matki Ziemi- czyli Pachamama. Obiecaliśmy, że tak uczynimy.

Po przebudzeniu przypomnieliśmy sobie o Pachamamie i złożyliśmy jej ofiarę, ale w wersji polskiej- położyliśmy na ziemi liście koki i polaliśmy je wódką Sobieski. Potem odbył się rytualny taniec i bezpiecznie wróciliśmy łódeczką na stały ląd, do Copacabany.

A moze by tak wejsc na wulkan? I 19-26.05.2012

Arequipa i wulkan Misti: 19.05.2012 – 26.05.2012

W Arequipie chcieliśmy spędzić tylko jedną noc, jednakże zmęczenie po Salkantay treku plus zatrucie pokarmowe zatrzymały nas tam 4 dni, podczas których udało nam się przejść centrum wszerz i wzdłuż. Najciekawsze wydało nam się muzeum Santuarios Andinos, w którym dowiedzieliśmy się o smutnej historii inkaskich dziewcząt składanych w ofierze bogom gór i wulkanów. Co prawda dla nich było to wielkie wyróżnienie poświęcić się dla dobra społeczności. Najbardziej znana jest 500-letnia mumia Juanita, której ciało zachowało się w doskonałym stanie dzięki niskiej temperaturze na wulkanie Ampato. Naukowcy mogli nawet stwierdzić, jaki był jej ostatni posiłek.

Arequipa to drugie co do wielkości miasto w Peru, liczy ok. 800 tyś. mieszkańców. Jak wiele miejsc w państwie Inków, jest otoczone pięknymi górami. Ale pod Arequipą jest coś jeszcze – aktywny wulkan Misti, o wysokości 5.822 m n.p.m, który widać z każdego punktu miasta.

Nigdy nie wchodziliśmy jeszcze na wulkan, a Misti kusił nas nawet z okna hostalu. Zdecydowaliśmy się  go zdobyć. Odwiedziliśmy szereg agencji turystycznych w celu zdobycia informacji logistycznych, planów oraz wypożyczenia sprzętu. Niestety, żadna agencja nie wiedziała do końca co sprzedaje, podawali sprzeczne informacje, niektórzy twierdzili, że bez przewodnika wejście jest niemożliwe. Ostatecznie udało nam się trafić do źródła, firmy Quechua zrzeszającej przewodników górskich,  gdzie wypożyczyliśmy namiot, karimaty, raki i czekany.

Z rana złapaliśmy colectivo, które wysadziło nas przy szosie wiodącej do mieściny Chiguata na wysokości 3.200 m n.p.m. Tu zaczęliśmy wędrówkę do podnóża wulkanu. Po 2 godzinach minęły nas 2 jeepy z turystami, których agencja podwiozła pod sam wulkan. Bardzo nam to było na rękę gdyż od strony południowej nie ma żadnych oznaczeń szlaku na Misti. Grupa turystów składała się z 10 osób, głównie Amerykanów i dwóch przewodników.

Od podnóża wulkanu, z wysokości 3.400 m.n.p.m. weszliśmy przy przepięknej pogodzie na 4500 m.n.p.m., gdzie rozbiliśmy obóz ok. godz. 17.00. Mięliśmy jeden duży, ciężki plecak i jeden mały oraz 9 litrów wody. W obozie ugotowaliśmy sobie przepyszne gorące zupki przygotowane przez najlepszych Chińskich kucharzy. Podpytaliśmy się przewodnika grupy o której zamierzają wyruszyć następnego dnia na szczyt Misti. Okazało się, że o 1.30 w nocy. Wyruszają tak wcześnie by zdążyć zejść ze szczytu przed zmrokiem, a ponadto na samej górze po południu bardzo mocno wieje. Poinformowaliśmy przewodnika, że pójdziemy za nimi i zaczęliśmy szykować się do snu. W dole tysiącem światełek błyszczała Arequipa. Noc, która zaczęła się dla nas o 18.00 była mroźna i wietrzna. Założyliśmy na siebie wszystkie ciepłe ubrania i po 5 par skarpet, ale sen i tak był przerywany przy temperaturze ok.-10st. C i głośnych rozmowach telefonicznych jednego z przewodników z jego ukochaną.

O 1.30 w nocy ruszyliśmy za naszą grupą. Sami byśmy w życiu nie poszli nocą, nasz plan zakładał wspinaczkę nad ranem. Przy świetle czołówek szliśmy gęsiego, niejednokrotnie wspinając się po głazach. Bardzo nieciekawie się chodzi po pyle wulkanicznym, zapada się w nim niczym w piachu, można nieźle zjechać w dół, szczególnie nocą. Nasze ubranie pokryło się pyłem, który drażnił nozdrza.

Najgorsza w tej wspinaczce nie była dla nas wysokość i mniejsza ilość tlenu, z którą radziliśmy sobie żując kokę, lecz przeszywający do kości chłód. Nie wiedzieliśmy, że na wulkanie może być aż tak zimno. Wspinaczka nocą na odkrytej przestrzeni, gdzie nie można się schować za żadnym drzewem przy hulającym wietrze tak wychładzała nasze organizmy, że zastanawialiśmy się czy nie zawrócić, jak zrobiło to 7 osób z tej zorganizowanej grupy. Jednak gdy spojrzeliśmy w dół, a potem w górę, uświadomiliśmy sobie, że za 2 godziny będziemy na szczycie, gdzie już operuje słońce, a jeśli zawrócimy to słońce dotrze na tę stronę wulkanu dopiero za 3 godziny.

Dołożyliśmy sobie liści koki i zaciskając zęby szliśmy dalej trzęsąc się z zimna. Na ostatnim odcinku dogoniliśmy przewodnika i 3 najwytrwalsze osoby z grupy. Uzbrojeni w raki i czekany po śniegu i lodzie doszliśmy do niecki wulkanu, gdzie świeciło już słońce. My na górze, a pod nami cały świat. Wciąż dygocąc z zimna staraliśmy się odtajeć w słońcu, które korzystając z okazji, spaliło nam skórę twarzy.

Zejście do obozu częściowo po śniegu, a częściowo po ruszających się głazach i pyle zajęło nam ok.3,5 h (wejście prawie 9h).  Podziwialiśmy widoki schodząc do podnóża wulkanu (kolejne 2h). Grupę zorganizowaną zabrały jeepy, a nam zostało jeszcze 1,5h do szosy. Niestety słońce zdążyło zajść i znów przy świetle latarek zmierzaliśmy, jak nam się wydawało, w stronę drogi. Jednak droga spod wulkanu do szosy jest bardzo kręta i ma wiele odnóży. W ciemności musieliśmy je pomylić gdyż światełka samochodów jadących szosą w ogóle się nie przybliżały. Co i rusz droga się kończyła, zaskakując nas małymi wąwozami. A już snuliśmy plany jak to się wykąpiemy w gorącej wodzie i zamówimy sobie pizzę do pokoju. Pizza jednak się oddalała wraz z każdym zakrętem prowadzącym w złą stronę. Wizja spędzenia kolejnej nocy w zimnie w namiocie nam się nie uśmiechała więc wściekli, zignorowaliśmy drogę, która nie prowadziła nas do celu i zaczęliśmy brnąć przez polanę i pampę w kierunku Arequipy. Co chwilę zaskakiwały nas małe wąwozy, które na szczęście były do pokonania bez większej ekwilibrystyki. Dochodzimy w końcu do jakiegoś domu, ktoś świeci nam latarką po oczach. Nie, to nie dom, to brama wyjściowa z terenu wulkanicznego na szosę. Uff, jesteśmy przy drodze. Pytamy się strażników jak dotrzeć do Arequipy. Jest przystanek autobusowy mówią, ale o tej porze może nic nie jechać. Próbujemy. Nic faktycznie nie jedzie. Ruszamy w stronę wioski Chiguata. O, jedzie jakieś Tico, machamy. Przejechało, cholera. A nie, wraca, wraca Tico kochane! Peruwiańska para zabiera nas na obrzeża Arequipy. Mówią, że o tej porze nic się nie zatrzymuje w okolicach wulkanu, nawet taksówki gdyż w tej okolicy kradną, ale my jakoś wzbudziliśmy ich zaufanie. Z obrzeży jedziemy do hostalu. Gorący prysznic, potem zamawiamy największą i najdroższą pizzę i 2l Coca Coli, które wlewamy w siebie i już bez mycia zębów zapadamy w sen.

Uważamy, że warto było wejść na Misti, ale zdecydowanie wolelibyśmy gdyby było tam cieplej. Następnego dnia okazuje się u lekarki, że mamy odmrożenia palców u stóp i stóp, ale wystarczy namaczać je w ciepłej wodzie z solą i smarować tłustą maścią aby paluszki wróciły do siebie. Niestety regeneracja potrwa ze 2 tygodnie. Dodatkowo poparzona skóra na twarzy zaczęła schodzić. Na szczęście po paru dniach już będzie ok.

 

Cuzco i Salkantay trek do Machu Picchu I 11 – 18.05.2012

Cuzco i Salkantay trek do Machu Picchu: 11.05.2012 – 18.05.2012

Będąc w Paracas poznaliśmy uroczą parę z Finlandii, która następnego dnia miała lot powrotny, kończący ich dwumiesięczną podróż po Peru. Bardzo zachwalali nam 4-dniowy trekking o nazwie „Salkantay” prowadzący do Machu Picchu, organizowany przez agencje w mieście Cusco. Finowie przed wylotem postanowili jeszcze ofiarować nam ogromną torbę liści koki, których stanowczo nie mogli zabrać do Finlandii. Zachwalali zbawienne działanie liści przy bólach głowy na dużych wysokościach.

Chwilę się zawahaliśmy, w końcu przed wyjazdem rodzice przestrzegali, by nie brać nic od nieznajomych, a tymczasem po kilku dniach w Peru posiadamy kilogram liści koki. Przewertowaliśmy przewodnik i okazało się, że liście są tu legalne, robi się z nich m.in. herbatę. Będąc w górach wkłada się liście wraz z białą kredą (nie, nie jest to heroina, a jakiś utleniacz/ akcelerator smakujący jak cukier) między policzek a dziąsła i należy je namaczać śliną. Po dłuższym czasie policzek i dziąsła zaczynają drętwieć i traci się w nich czucie. Chyba wtedy właśnie należy liście wypluć, musimy się o to dopytać. Nie wolno gryźć liści gdyż jest to niezdrowe dla żołądka.

Przedostaliśmy się autobusem nocnym z Nazca do Cusco, położonego na3300 m.n.p.m. Cusco, jak bodajże wszystkie peruwiańskie miasta, w centrum posiada główny plac – Plaza de Armas. W Katedrze można podziwiać ciekawy obraz Marcosa Zapata przedstawiający Ostatnią Wieczerzę, na której jako główne danie zaserwowano świnkę morską. Zwierzaczek ten należy do panteonu peruwiańskich dań. Zjedliśmy kotleciki z jednej świnki morskiej na miejskim targu i były palce lizać!

W Cusco przygotowaliśmy się do trekkingu szlakiem „Salkantay”. Uzyskaliśmy mapki od agencji turystycznych (niestety niezbyt szczegółowe), wypożyczyliśmy namiot, karimaty, dokupiliśmy nową butlę gazową oraz zapasy jedzenia na 4 dni (na trasie nie ma wiosek, sklepików).

Z Cusco złapaliśmy busik do Limatambo, a stamtąd colectivo (zbiorczą taksówkę). Siedząc jednym półdupkiem na siedzeniu, które dzieliliśmy w dwiema babuszkami (mówiącymi w quechua), ich kurami i kurzymi klatkami oraz zawianym Peruwiańczykiem, który nie wiedział dokąd chce jechać, dotarliśmy serpentynami do miasteczka Mollepata.

Początek wędrówki okazał się nieco skomplikowany gdyż nie znaleźliśmy oznaczeń szlaku. Na szczęście spotkaliśmy tubylca, który przez 15 minut czekał na dole pierwszego wzgórza i machał nam wskazując czy dobrze idziemy. Ścieżka prowadziła przez pola i pastwiska, aby potem zamienić się w ubitą drogę. Trochę ciężko było znów maszerować z plecakiem po 2 miesiącach „wożenia się” autem po Australii. Co prawda zostawiliśmy część naszego ekwipunku w hostalu w Cusco, ale plecaki ciążyły nam jak nigdy.

Maszerując przechodzi się koło licznych strumyków więc nie ma problemu z pozyskaniem wody, którą Peruwiańczycy piją ze strumienia, a my musieliśmy uzdatniać pastylkami. Po 6 godzinach wędrówki dotarliśmy do obozowiska w Soraypampa, a tu elegancja Francja, jest nawet bieżąca, lodowata woda oraz kibelek. Wszystko darmowe. Takich luksusów się nie spodziewaliśmy. Przed nami rozbiło swoje namioty około 6 grup; jedni przyjechali konno, inni jeepami aby z rana zacząć maszerować, kolejni pieszo z kawalkadą koni niosących ich dobytek. Na polowych kuchenkach kucharze w śnieżnobiałych, kucharskich czapkach (sic!), pyrcili kolację dla swoich grup. Zorientowaliśmy się, że peruwiańscy tragarze mają lepsze życie niż ci z Nepalu gdyż nie noszą bagaży turystów na plecach i głowach, wszystko taszczą za nich koniki. Generalnie tylko my we dwójkę wyglądaliśmy jak ci nepalscy tragarze i chyba wzbudzaliśmy nieco litość gdyż w obozie przewodnik zaoferował nam jedzenie, tłumacząc, że skoro nie mamy własnego kucharza, to może chociaż zjemy gorącej sałatki owocowej na śniadanie. Ach, jakże nam smakowała po lodowatej nocy w namiocie przy minusowej temperaturze (około -5 do -100C). Chociaż nasze gorące zupki chińskie na kolację też były niczego sobie.

Drugi dzień zakładał podejście na4.600 m.n.p.m na szczyt El Paso. Wyszliśmy z obozowiska jako ostatni, 2h po grupach, aby iść sami. Na trasie mijały nas konie tych grup, które mimo ciężarów truchtały szybciej od nas. Podchodzenie pod Salkantay zmęczyło nas okrutnie, zastanawialiśmy się tylko co jeszcze możemy zjeść aby ulżyć ramionom i nosić jedzenie w brzuchu, gdzie jego miejsce. Zdobyliśmy upragniony szczyt, który był najwyższym punktem przez nas zdobytym do tej pory i ruszyliśmy przez równiny w dół. Droga, mimo że łatwiejsza, zdawała się nie mieć końca. A tak wyglądał widok z El Paso:

http://youtu.be/p6Zh1t2aU1U

Zaczęło się robić późno, według naszych wyliczeń powinniśmy być już blisko obozowiska, a przed nami tylko gąszcz drzew nie pozwalających dojrzeć co będzie za rogiem. W końcu trafiamy na pojedynczą chatkę. Pytamy się jak daleko do obozowiska w Challway. Miejscowy odpowiada, że 4 godziny. Wydaje się nam to niemożliwe, czy aż tak wolno szliśmy? Już nikt nas nie mija, żaden konik. Przyspieszamy. Po godzinie widzimy kolejną chatkę. Tu miejscowy nam mówi, że do Challway zostały 2 godziny. Kurczaki, będziemy szli po ciemku. A jeśli grasują tu resztki Sendero Luminoso? Idziemy coraz szybciej. Jest już 17.30, jeśli zostały nam 2 godziny to półtorej będzie po ciemku, a tu końca nie widać. Oho, słyszymy ludzi, ktoś idzie, nie widzimy kto bo zaczyna zmierzchać. Zza rogu wyłania się pastuszek z żoną i czeladką dzieci. Mówi, że do Challway została tylko godzina. Uff, to blisko. Idziemy marszobiegiem. Ściemnia się, zaraz wyjmiemy latarki. Idziemy jakieś 20 minut, wchodzimy za róg, a tam obóz! Iw tym momencie zaszło słońce i zapadła ciemność. Zdążyliśmy w samą porę. W Challway leży kilka chatek i jest mini sklepik z piwem i przekąskami. Własnie piwa nam było trzeba.

Rano poznajemy Argentynkę i Francuza, którzy tak jak my, idą sami. Mają dużo mniejsze plecaki, mówią, że nie gotują, jedzą tylko na zimno. Częstujemy ich gorącą herbatą z liści koki, którą zaczynamy dzień. Oni chcą zrobić trasę wolniej, o dzień dłużej więc ruszamy dalej sami. Idziemy wśród potoków i majestatycznych, zadrzewionych wzgórz. Dochodzimy do miejscowości La Playa. Tutaj bierzemy busa do Santa Teresa. W busie poznajemy parę pięćdziesięcioletnich Anglików i ich przewodnika, którzy zapraszają nas na wspólne obozowanie i moczenie się w źródłach termalnych w Santa Teresa. Zgadzamy się. Miasteczko Santa Teresa oraz infrastruktura gorących źródłach zostały zniszczone parę lat temu przez rzekę Urubamba, która wylała. Obecnie nie widać śladu po tej powodzi, ale miejscowi twierdzą, że mimo odbudowy to jeszcze nie tak, jak było.

Czwartego dnia żegnamy naszych Anglików i idziemy pieszo z Santa Teresa do stacji kolejowej ”Hidroelectrica”. Stąd maszerujemy 2h wzdłuż torów do turystycznej mieściny Aguas Calientes, leżącej u podnóża Machu Picchu. Bierzemy pokój z łazienką i taplamy się pod prysznicem, w końcu nie kąpaliśmy się przez cztery dni. Objadamy się „menu del dia” w lokalnej knajpie, czyli za 7 zl konsumujemy zupę, drugie, deser i kompot. Potem w sklepie dokupujemy jeszcze pół kilo ciasteczek i czekoladek aby naładować baterie.

Piąty dzień. Wstajemy po 4 rano aby wejść na Machu Picchu przed wycieczkami. Dochodzimy do podnóża góry, a tu most na drugą stronę rzeki zamknięty. Strażnik siedzi w swojej budce i informuje nas, że most otworzą dopiero o 5.00 rano. Za nami schodzą się rzesze innych sprytnych, którzy też chcą być przed tłumami. O 5 otwierają most. Sprawdzają nasze bilety, paszporty, a potem w ciemności, z latarkami, odbywa się wyścig na szczyt. Mamy przewagę. Godzinną trasę pokonujemy w 40 minut i jesteśmy na górze w pierwszej piątce. Tu kolejne bramki, które otworzą dopiero o 6.00. O 6.00 przyjeżdżają też pierwsze autobusy z Aguas Calientes na szczyt, przejazd za osobę kosztuje bagatela 10$, czyli równowartość naszego dwuosobowego pokoju z łazienką. Otwierają bramki. Wchodzimy bez tłumów na Machu Picchu.

Machu Picchu zapiera dech w piersiach ze względu na swoje położenie, jednak musimy przyznać, że droga do Aguas Calientes – te prawie80 km, a nie cel, była ciekawsza. Andy zrobiły na nas jeszcze większe wrażenie niż Machu Picchu. Trasa przez „Salkantay” jest bardzo urozmaicona i malownicza. Poznani przewodnicy twierdzili, że znacznie wygrywa krajobrazowo z najbardziej obleganą trasą trekkingową ”Inca trai”. Ponadto nie spotyka się tu rzeszy turystów.

Miasto Inków pięknie się prezentuje z dwóch szczytów położonych tuż obok gór- Huayna Picchu, na które należy wykupić z kilkudniowym wyprzedzeniem oddzielną wejściówkę (my kupiliśmy w Cusco).  Zamglony widok z Huayna Picchu prezentował się następująco:

http://youtu.be/j8HZUsKvC5g

Po kilku godzinach kontemplacji i zwiedzania schodzimy do Aguas Calientes na menu del dia. Po posiłku, na piechotę, znów wzdłuż torów dochodzimy do „Hidroelectrica”. Robi się ciemno więc bierzemy colectivo do Santa Teresa, a stąd do Santa Maria- mieściny gdzie diabeł mówi dobranoc. Ulice to klepiska, nie ma ciepłej wody, gliniane domki bliskie są naturalnemu rozpadowi. Padamy więc zostajemy tu na nocleg. Następnego dnia wracamy autobusem do Cusco.

Oto pokonana trasa:

1 dzień: Cusco – (busy i colectivo 4h) – Mollepata (2.900 m n.p.m.) – (trekking 21 km/ 6h) – Soraypampa (3.700 m n.p.m.)

2 dzień: Soraypampa – (trekking 5 km/ 4h) El Paso, czyli Sakantay Pass (4.600 m n.p.m.) – (trekking 16 km/ 5h) –  Challway (2.860 m n.p.m.)

3 dzień: Challway – (trekking 14 km/ 4,5h) – Playa (2.500) – (bus 1h) – Santa Teresa (2.000 m n.p.m.)

4 dzień: Santa Teresa – (trekking 10 km/ 2,5h) – Hydroelectrica – (trekking 10 km/ 2h) – Aguas Calientes (1.680 m n.p.m.)

5 dzień: Aguas Calientes – Machu Picchu – Huayna Picchu – Aguas Calientes – Hidroelectrica – Santa Maria (długi dzień trekkingu…)