Ostatnie dni w Australii I 23.04 – 04.05.2012

Sydney, Nowa Południowa Walia, Australia: 23.04.2012 – 04.05.2012

Sydney nie jest stolicą kraju, chociaż bardzo by chciało nią być. Melbourne również. Miasta te zawsze ze sobą rywalizowały. Kiedy na początku XX wieku przyszedł czas na utworzenie stolicy, Melbourne i Sydney biły się o palmę pierwszeństwa. Rząd jednak podjął decyzję, że najsprawiedliwiej będzie, jak stolica powstanie pomiędzy tymi miastami. Zaprojektowano i utworzono miasto w środku buszu, bez dostępu do oceanu i nazwano je Canberra – w języku jednego z ludów aborygeńskich oznacza to „miejsce spotkań”.

Sydney, mimo że nie jest stolicą, z pewnością jest bardziej znane niż Canberra. Zostało „odkryte” przez James’a Cooka w 1770 r, a jego najstarsza część- the Rocks- była miejscem zepsucia, łajdactwa i rozpusty jeszcze do ’80 XX w.

W Sydney na początku mieszkaliśmy u australijskiego małżeństwa w naszym wieku, które zaproponowało nam wspólne świętowanie „Anzac Day” (skrót od Australian and New Zealand Army Corps). Jest to święto obchodzone 25 kwietnia na cześć wojsk australijskich i nowozelandzkich poległych w I wojnie światowej. Ucieszyliśmy się, że zobaczymy oficjalne obchody i paradę. Zabrali nas na południowy-wschód od Sydney, nieopodal zatoki Botany Bay, do parku i wyspy „Bare Island”. Na wyspie w drugiej połowie XIX w zbudowano fortyfikacje obronne, chroniące przed potencjalnym najeźdźcą (szczególnie obawiano się Japonii). Nikt nie zaatakował. Wraz ze znajomymi naszych gospodarzy spacerowaliśmy podziwiając piękne plaże.  Następnie pojechaliśmy do pubu, gdzie poznaliśmy grę „heads or tails”. Raz w roku, właśnie na Anzac Day, dozwolony jest w Australii hazard w czystej formie bez podatków, jako przypomnienie gier żołnierzy na wojnie. „Heads or tails” to mniej więcej orzeł czy reszka, gdzie często za grube pieniądze zakłada się z osobami z tłumu co wypadnie. Po grze, gdy zorientowaliśmy się, że wracamy do domu spytaliśmy naszych gospodarzy gdzie parada, pochód z chorągiewkami, bębny, fanfary???, a oni na to, że parada była rano w centrum i oni zawsze uciekają od takich tłumów. Tak żeśmy właśnie zobaczyli obchody Anzac Day.

W Sydney umówiliśmy się ponownie z poznanymi po drodze rowerzystami – Gosią i Adamem – na parogodzinny spacer po mieście. Wieczorem rowerzyści prezentowali zdjęcia ze swojej podróży w polskim konsulacie, gdzie nas zaprosili. Ich prezentacja była poprzedzona długim wystąpieniem konserwatora zabytków z Podkarpacia. Dzięki temu spotkaniu poznaliśmy bliżej polską młodą emigrację – Ewelinę i Michała oraz Piotrka. Po uroczystościach w konsulacie przenieśliśmy się nieopodal do Piotrka na „afterparty”.

Centrum Sydney przeszliśmy wzdłuż i wszerz, głównie z ogłoszeniami naszego autka. Poznaliśmy ponadto parę dzielnic, w których mieszkaliśmy. Jako że Sydney leży nad oceanem, nie brakuje tu ładnych plaż, takich jak Bondi Beach czy Coogee Beach, a droga je łącząca prowadzi wzdłuż ostrych klifów.

Zafundowaliśmy sobie również wycieczkę poza miasto w góry Blue Mountains, leżące 2 godziny od Sydney. Piotrek aka „górski przewodnik” zna tam każdy kąt, każdą roślinkę i każdego ptaszka. Widoki przepiękne, morze zieleni o różnych odcieniach. Okoliczne nasadzenia przypominały te w Polsce; klony, klomby, cisy, ostrokrzewy, rododendrony, bukszpan, bluszcz itp. Lekka mżawka zmusiła nas do pikniku okraszanego winem pod skałą przy „Trzech Siostrach”.

Sydney, a najbardziej port, robi wrażenie. Opera przyciąga wzrok, chociaż myśleliśmy, że będzie większa i bielsza, może ją trochę wyidealizowaliśmy. Jak się podejdzie bliżej to widać mozaikę, jaką jest pokryta, nie jest ona śnieżnobiała. Operę zaprojektował duński architekt Jorn Utzon, którego szkic wygrał międzynarodowy konkurs. Jak się szybko potem okazało, pierwotny projekt był niezgodny z prawami fizyki. Po korektach budowa przeciągała się latami, pochłaniając dużo wyższy budżet od założonego. Za tą sytuację winą obarczona duńskiego architekta, który został wydalony z Australii i nigdy nie ujrzał ukończonego dzieła. Nieopodal „wisi” most Harbour Bridge, który jest jednym z najszerszych i najdłuższych wiszących mostów na świecie.

Na pożegnanie Ewelina z Michałem zaprosili nas do siebie na smakowite tajskie danie. Zauważyliśmy, że zjechali prawie cały świat, ich półki uginają się od przewodników, które sami mogliby już pisać. Kolejna wyprawa Michała zakłada przebycie Am. Południowej z południa na północ przy użyciu jedynie sił natury. Bardzo nam zaimponowali, chociażby tym, że do ślubu pojechali…autostopem. Oto link do ich strony podróżniczej: www.kozok.eu

Ostatnią australijską noc spędziliśmy u Piotrka, przy wódeczce, przepysznym rosole i kurczaku. Prawie jak w domu 🙂

Tak oto po 2 niesamowitych miesiącach, przejechaniu 11.000 kilometrów przez 5 stanów, obcowaniu z kangurami, misiami koala, psami dingo, wielbłądami, jaszczurami, krokodylami, oposami, nietoperzami, emu, cassowarami i papugami, przyszedł czas na rozstanie się z krajem „Down Under” i wyjazd do innego świata, Ameryki Południowej.

Posted on 2012/05/12, in Australia and tagged , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: