Monthly Archives: Marzec 2012

Outback I 21 – 26.03.2012

Południowa Australia: 21.03.2012 – 26.03.2012

Australia jest tak olbrzymia, że pierwsi kolonizatorzy nie mogli uwierzyć, że w środku kontynentu po prostu nic nie ma i ciągnęli przez piach statki w poszukiwaniu jakiegoś wewnętrznego morza lub sieci rzek. Sześć stanów, na które podzielony jest kraj, funkcjonuje trochę jak oddzielne, odległe państwa. Na przykład powódź na wschodnim wybrzeżu dla ludzi z zachodniego stanu jest tak odległą historią jak dla nas powódź w Portugalii.

Przekraczając granice stanów, zmieniamy strefy czasowe. Australijczycy, jak pisaliśmy przy przekraczaniu granicy, mają hopla na punkcie swoich naturalnych ekosystemów i dlatego na granicy stanów witają nas znaki mówiące o obowiązku pozbycia się przewożonych warzyw, owoców i roślin. Te okropne substancje należy zostawić w wyznaczonych do tego koszach (ciekawe kto to wszystko potem zjada), a przewożone bydło i drób musi pozyskać pozwolenie na wjazd. Zdarzają się kontrole. Przemyciliśmy jabłka i mamy nadzieję, że nasze ogryzki ze stanu południowego nie zmienią flory stanu północnego.

Stan South Australia jest najsuchszym stanem Australii. Tu zaczął się dla nas outback- suchy środek kraju, którego głównymi mieszkańcami są paskudne muchy, które włażą człowiekowi we wszystkie możliwe otwory. Nie pomaga nawet australijski specyfik w sprayu o nazwie „Bushman”.  Kupiliśmy siatki-moskitiery na głowy więc przynajmniej nie włażą do buzi i oczu. Jesteśmy na etapie uczenia się jeść w siatkach..

Zamontowaliśmy na naszym czerwonym rumaku specjalny gwizdek na kangury, po tym jak zobaczyliśmy całe ich stada przy Membray Creek. Już słońce zaczynało zachodzić, czyli ich ulubiona pora. Jednym kicnięciem przeskakiwały przez 2-metrowe ogrodzenie, a dwa się biły (chyba o kangurzycę), boksując łapami. Gwizdek wydaje ultradźwięki przy prędkości auta powyżej50 km/h, których zwierzęta bardzo nie lubią. Dźwięki nie są słyszalne przez ludzi więc ciężko nam sprawdzić czy to nie zwykły gadżet, ale póki co, odpukać, żadnego nie trafiliśmy. Niestety na poboczach dróg leży wiele martwych kangurów.

Jeżdżąc po outbacku często można zauważyć na poboczach stare, pokryte rdzą auta. Kiedyś, gdy Australijczykowi zepsuł się na odludziu jego stary samochód to go porzucał w myśl zasady, że części z jego auta mogą się jeszcze przydać komuś innemu, komu też auto odmówi posłuszeństwa. Tak było kiedyś, o czym przypominają porozrzucane tu i ówdzie auta, nie sprzątane przez nikogo. Dziś raczej Australijczycy nie zostawiają na pustyni swoich Landcruiserów, ale nienajnowsze małe 2WD jak najbardziej.

Jadąc w stonę Coober Pedy spotkaliśmy dwójkę rowerzystów przemierzających Australię i Oceanię na rowerach. Nie dość że okazali się być Polakami, to jeszcze mamy wspólnych znajomych. umówiliśmy się w kolejnej miejscowości następnego dnia by wspólnie spędzić wieczór, w końcu spotkaliśmy się po środku niczego w kraju na końcu świata.

Zwiedzamy Coober Pedy- wymarłe miasteczko, niegdyś żyjące gorączką opalową. Zjeżdżali się tu ludzie z całego świata- m.in. z Europy; Chorwaci, Grecy, Włosi, a nawet Polacy, pchani chęcią wzbogacenia się na opalu. Wiele osób było na pieńku z prawem (a kto nie był z pierwszych osadników w Australii?), a że w Coober Pedy diabeł mówił dobranoc, wybrali to miejsce na drugą życiową szansę. Aktualnie nadal wydobywa się tu opal, ale lata świetności minęły, a młodzi wyjechali za pracą do Adelajdy. Wkoło sklepu kręcą się podpici Aborygeni.

Poszliśmy na mszę do podziemnego kościoła, byliśmy tylko my i ksiądz, który po mszy się nami zainteresował i oprowadził po swoich podziemnych komnatach. Nalegał byśmy się razem napili, ale powiedzieliśmy, że jeszcze dziś będziemy prowadzić. W Coober Pedy podobno to nikomu nie przeszkadza…

Pod Coober Pedy znajdują się malownicze tereny – górki, dolinki – tzw. „Breakaways”, gdzie kręcono sceny do „Mad Max” i innych apokaliptycznych filmów. Podziwialiśmy tam zachód słońca, po którym udaliśmy się do naszych namiotów rozłożonych na podziemnym polu namiotowym. W Coober Pedy panuje tak straszny upał, że w miasteczku powstało wiele podziemnych budowli takich jak kościoły, podziemne domy, hotele, bary.

Na koniec naszego pobytu w Australii Południowej postanowiliśmy odjechać trochę od głównych dróg i wybraliśmy część (ponad 400 km) treku Ornadatta. Niegdyś prowadziła tamtędy kolej z północy na południe oraz linia telegraficzna. Dziś miasteczko Ornadatta jest wymarłe, 2 puby są zamknięte na cztery spusty, główna atrakcja- różowy budynek z informacją, jest na sprzedaż, a ludzie jakby się przed nami pochowali. Rano jedynie spotkaliśmy grupki Aborygenów. Niemniej jednak ta wyprawa obrodziła w doznania przyrodnicze: przed maską przeszły nam dwa dostojne emu, widzieliśmy wielkie jaszczurki, stada krów, sępy, papugi, jastrzębie i ogromne orły (rozpiętość ich skrzydeł to średnio 2,5 m).

Po przejechaniu ponad 3.000 km uważamy, że umiemy już jeździć po lewej stronie 🙂

Great Ocean Road I 16 – 21.03.2012

GREAT OCEAN ROAD I DROGA DO ADELAJDY: 16.03.2012 – 21.03.2012

Widok oceanu z Grat Ocean Road zapiera dech w piersiach. Bezkres wody aż po horyzont. Kręta droga o długości250 kmprowadzi wzdłuż oceanu. Pierwszy przystanek na nocleg zrobiliśmy w znanym wśród surferów miasteczku Lorne, które jest idealne na weekendowe wypady z Melbourne.

Zaparkowaliśmy nad samym oceanem i poszliśmy na wieczorną przechadzkę. Spacerując widzieliśmy niepokojące nas znaki drogowe zakazujące spania w samochodzie (kara 100 dolarów). Zaczęliśmy obmyślać strategię na policjantów. Powiemy, że czytaliśmy książkę pod śpiworem to nam chyba uwierzą. Jak nam udowodnią, że spaliśmy, a nie odpoczywaliśmy z przymkniętymi oczyma? Jednak mnogość znaków wzdłuż oceanu dawała do myślenia i za radą Kasi i Adriana z Melbourne odjechaliśmy na wzgórze. Była już 12 w nocy więc wkoło żywej duszy. Stanęliśmy na poboczu drogi, w miejscu gdzie nie było żadnej furtki. Słyszeliśmy, że jak Australijczykom coś nie pasuje to potrafią bezpardonowo nasłać policję nawet na sąsiada, zamiast omówić z nim problem twarzą w twarz. W nocy się przebudzaliśmy, czując się jak złoczyńcy. Śniło nam się porwanie z policją w tle;) Wstaliśmy przed 7 rano i gdy odjeżdżaliśmy ujrzeliśmy 3 kangury przyglądające się nam z odległości10 metrów. Chyba nas pilnowały przez noc i odstraszały strażników prawa.

Po śniadaniu i kąpieli w oeanie ruszyliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy śpiące koale na eukaliptusach (zapewne podpite od eukaliptusowego nektaru), króliki i tutejsze jeże. Odwiedziliśmy urokliwą plażę Wreck Beach, gdzie kiedyś rozbił się olbrzymi okręt. Nocowaliśmy na bezpłatnym campingu w Johanna. Australia pod tym względem jest niesamowita, infrastruktura campingowa jest bardzo rozwinięta, z bezpłatnymi campingami oraz toaletami, darmowymi elektrycznymi grillami, czasem trafi się nawet prysznic. Prysznice ponadto są przy głównych plażach. Punkty informacyjne znajdują się w każdym mieście i dają wszelkie możliwe mapy, prognozy pogody  i informacje o campingach.

Kolejnego dnia ujrzeliśmy The Twelve Apostols- wynurzające się z oceanu skały. Kiedyś było ich 12, ale teraz wielka woda zostawiła jedynie 6. Cudo.

Przed Mount Gambier jakiś młody chłopak stoi na poboczu i próbuje złapać stopa. Zatrzymujemy się. Nazywa się Simone, jest z Niemiec, ma 19 lat i podróżuje od roku sam z namiotem po Australii. Nie wygląda na mordercę więc zabieramy go na wspólne campingowanie w Tantanoola. W tej spokojnej i cichej mieścinie poznajemy właściciela pubu- Iana oraz głównego klienta baru- Chapmana- pasterza owiec. Spędzamy wspólnie wieczór przy piwku i spaghetti. Potem Ian zaprasza nas do swojego domu na gorącą herbatę, gdzie siedzimy do 3 nad ranem. Bardzo chciał nas ugościć w swym hotelu, ale się nie złamaliśmy. Ian 7 miesięcy temu porzucił życie księgowego w Adelajdzie, kupił pub na odludziu i jakoś mu się biznes kręci. Głównie dzięki Chapmanowi.

Następnego dnia odstawiamy Simone do Adelajdy i nocujemy u naszego gospodarza z couchsurfingu- Camerona. Podziwiamy jego rodzinę, która akceptuje ze stoickim spokojem tłumy coachsurferów przewijające się przez ich dom, mają gości prawie codziennie. Wieczorem upichciliśmy tortillę dla całej australijskiej rodziny, chyba im smakowała. Mama Camerona jest niesamowicie ciekawą osobą i opowiada nam wiele o Aborygenach i ich dzieciach, które kształci w więzieniu dla nieletnich.

Adelajda ma wysokie budynki w centrum, a wkoło domki, domki i domki. Bardzo ciekawe jest muzeum Migracji. Stan Southern Australia był pierwszym stanem w Australii, który przyznał z powrotem Aborygenom prawo do ich ziemi i jako pierwszy stan zwalczał dyskryminację rasową, płciową, zezwolił na aborcję oraz związki homoseksualne.

Po 2 dniach wyjeżdżamy z Adelajdy.

Down Under I 6 – 16.03.2012

Melbourne, Australia: 06.03.2012 – 16.03.2012

Kochani, żyjemy i nie wpadliśmy w czarną dziurę. Było nam tak dobrze w Melbourne, że zapomnieliśmy o bożym świecie, stąd brak wpisów. A to zasługa Anety, Dawida i ich dwóch oposów hasających po ogrodzie, którzy przyjęli nas w ramach couchsurfingu. Nigdy wcześniej z niego nie korzystaliśmy, nieświadomi takich możliwości.  Dopiero niedawno Oleńka powiedziała nam o tej organizacji działającej na całym świecie (w Polsce również) i ilu ciekawych ludzi można dzięki niej poznać. Nazywa się to „surfowanie po kanapach”. Zrzeszają się osoby, którzy przyjmują pod swój dach zupełnie bezinteresownie wędrowców, turystów, mieszczuchów, wszystkich, którzy do niej wstąpią. Dzięki naszym gospodarzom rezydującym w Australii od ponad roku, których nazywaliśmy pieszczotliwie australijską mamą i tatą (mimo, że jesteśmy w podobnym wieku), dowiedzieliśmy się dużo o tutejszych obyczajach i życiu. Australia jest nazywana krajem leżącym poniżej innych, krajem „down under”, co słuchać również w tej piosence:

http://www.youtube.com/watch?v=MeG-hNXXy6I

Po wylądowaniu w Australii skierowano nas do oficera imigracyjnego gdyż zaznaczyliśmy na druku, że przewozimy niedozwolone substancje, które mogłyby zrujnować australijską faunę i florę. Nie wiedzieliśmy, że herbata w saszetkach, pastylki plusza oraz buty trekkingowi są tak groźne – jednak podróże kształcą. Oficer podejrzliwie nam się przyglądał i zadawał różne podchwytliwe pytania, głównie o nasze finanse. Udzieliliśmy poprawnych odpowiedzi i dalej poszło gładko. Na szczęście nie przewoziliśmy najgroźniejszego produktu – orzeszków – więc już bez sprawdzania bagaży wpuścili nas.

Już z samolotu widać, że Australia to płaściusieńki kontynent ze wzniesieniami wzdłuż wybrzeża. Niesamowite, że na tak olbrzymim terenie (ok. 7,7 mln km2, co stanowi ok. 2/3 Europy) żyje jedynie około 22 mln ludzi. To tutaj Stwórca zrzucił wszystkie najgroźniejsze zwierzaki świata. Klimat jest tak przyjazny dla fauny i flory, że wszystko rośnie i rozmnaża się w zastraszającym tempie. Przykładem mogą być następujące po sobie plagi królików, kangurów czy szarańczy. Co ciekawe, kangurów jest tu więcej niż ludzi. Królików, które widać wszędzie, zapewne też.

Kangury są niepozorne, ale jest to jedno z głównych niebezpieczeństw na drogach. Potrafią osiągać 2m wysokości i lepiej nie mieć z nimi kolizji bo mogą wygrać z maszyną. Kangury wychodzą o brzasku i zachodzie słońca i lepiej wtedy nie jeździć po ich terenach. Kolejnym niebezpieczeństwem na trasie są prześlicznej urody wombaty, zwierzaki przypominające włochatą świnię, jednak ich ciało jest zbite i twarde jak skała. Wracając do kangurów, to  Australijczycy konsumują je tak jak my wieprzowinę. Jest to tanie mięso, jednak Australijczycy preferują raczej indyka, drób, czy wołowinę. Spróbowaliśmy steków z kangura w wykonaniu Dawida i kiełbasek kangurzych (wiemy, wiemy, że one są śliczne i trochę nam głupio, ale kury też brzydkie nie są, a wcinamy je aż nam się uszy trzęsą). Kangur ma ciemne mięso, odrobinę przypominające wątróbkę. Według niektórych podobno przypomina koninę. Popularnym deserem jest tu Pavlova- samą bezę można kupić w supermarkecie. Jest naprawdę smaczna, ale nie dorównuje Pavlovej, którą robi Ewa.

Poznaliśmy również znajomych naszych gospodarzy: Kasię i Adriana. Oprowadzili nas po mieście nocą. Byliśmy nawet na chwilę w kasynie, gdzie nie ma żadnego dress-code i można się ubrać dowolnie więc widać graczy w wieczorowych kreacjach, a tuż obok innych, w dresach. Adrian z Kasią zabrali nas na wycieczkę do parku/sanctuary, Healesville Sanctuary, gdzie oglądaliśmy żywy inwentarz Australii. Diabeł tasmański okazał się być dużo mniejszy niż Taz z kreskówki, ale gębę ma iście diabelską. No i nie kręci się tak szybko, jak się spodziewaliśmy. Koale spały na eukaliptusowych drzewach. Niesamowite były nietoperze, nazywane „flying foxes”- latające lisy. Ma to głowę lisa o rudawym odcieniu, a ciało nietoperza, tyle że mierzy pół metra. Wygląda jak Batman i można dostać zawału jakby to to wleciało do chałupy. Widzieliśmy kangury, które karmiliśmy i ich mniejszą odmianę- wallabies. Poza tym śliczne były dziobaki i ogromne jeże (Echidna) oraz cała masa innych australijskich stworzonek. Mniej nam podobała się galeria zwierząt nocnych, głownie gryzoni oraz wystawa 10 najgroźniejszych węży – żadnego z nich nie chcemy spotkać na naszej drodze.

Dzięki Anecie uczestniczyliśmy w najbardziej uwielbianej w Australii rozrywce- meczu „footy”. Poszliśmy w szóstkę i Adrian tłumaczył nam zawiłości tej skomplikowanej gry, która naszym zdaniem jest mieszanką rugby,  Dowiedzieliśmy się, że „footy”- od „football”, nie jest jedynym skrótem. Wręcz przeciwnie, Australijczycy się w nich lubują. I tak dla przykładu „good day” to „g’day”, „barbecue” to w skrócie „barbie”, „husband” to „hubbie”. Nie mamy pojęcia czemu, ale na Nowozelandczyków mówią „kiwi”, i to oficjalnie, w gazetach. Mieszkańcy Wiktorii (tam znajduje sieMelbourne) nazywani są natomiast Mexicans, bo ponoć próbują przedostać się do innych stanów…

Samo miasto Melbourne jest bardzo rozległe. Z jednego końca na drugi trzeba pokonać ponad200 km!  W centrum znajdują się wysokie, przeszklone wieżowce usiane wzdłuż rzeki Yarra Wszystko naokoło centrum przypomina zadbaną wieś z parterowymi domkami i ogrodem. Tutaj młodych ludzi świeżo po studiach, posiadających pierwszą pracę, stać na kupno takiego domu w kredycie. Lwia część jeździ samochodami. Mieszkańcom Melbourne żyje się bardzo dobrze, a dobrobyt jest widoczny w kilogramach nadwagi. Aż 40% dorosłej ludności Australii jest otyła. Ludzie są bardzo uprzejmi i niesamowicie pomocni. Tolerancja i poprawność polityczną plasują się bardzo wysoko i dlatego np. w informacji turystycznej sprzedawca nie mógł nam polecić żadnej książki bo w ten sposób faworyzowałby konkretnego autora. Akceptowalne są pary homoseksualne, które tak samo jak pary hetero, mimo że nie są w związku małżeńskim, mogą rozliczać się wspólnie. Przestrzegają zasad dotyczących np. prędkości, ale też kary są wysokie. Jak się podchodzi do pasów to nadjeżdżający samochód zatrzymuje się już50 metrówwcześniej, by ustąpić nam drogi. Istnieje tu obowiązek głosowania i za niestawienie się są kary pieniężne. Australijczycy są też raczej bezpośredni. Niezależnie od różnicy wieku, w sklepie czy usługach pytają się „how it’s going, mate”. A wieczna odpowiedź na wszystko to „no worries”, czyli niczym się nie przejmuj.

Średnie zarobki to 4.000$ australijskich  miesięcznie (Lonely 2011). Jedzenie poza domem jest (dla nas) drogie (drugie danie w knajpie kosztuje od 20$ w górę), ale już ceny w marketach zbliżone do tych w Europie zachodniej.

Po ponad tygodniu w Melbourne nabyliśmy drogą kupna samochód. Jeszcze tylko kupimy mieszkanie i już możemy zostać na stałe… Zdecydowaliśmy się na Forda Falcona Wagon, rocznik 1999, silnik 4l, kolor burgund.  Jest to jeden z dwóch najbardziej popularnych samochodów produkowanych w Australii i każdy potrafi go naprawić, nawet Aborygen w środku outback’u. Mieliśmy zakusy na 4WD, ale nie dość, że w przyzwoitym stanie jest dużo droższy, to nasłuchaliśmy się historii od bacpakersów sprzedających auta, że jak auto 4WD im się zepsuło, to czekali miesiąc na części, a my tyle czasu nie mamy. Zobaczymy jak się spisze nasz czerwony rumak. Skompletowaliśmy ponadto cały konieczny sprzęt kempingowy, czyli kuchenkę, eski – lodówkę przenośną, namiot, materace, garnki, zastawę,  ładowarki samochodowe, mapy itp. itd. Po 10 dniach (planowaliśmy spędzić w Melbourne jedynie 3) wyruszamy na Great Ocean Road.

 

Aneto, Dawidzie, Kasiu, Adrianie i Józiu, jeszcze raz dziękujemy Wam za Waszą nieocenioną pomoc. A na naszych gospodarzy czekamy w Cairns!

 

Na koniec jeszcze 2 nasze ulubione kawałki:

Tę piosenkę zna każdy mieszkaniec Australii:

http://www.youtube.com/watch?v=CwvazMc5EfE

A od tego zaczynaliśmy każdy dzień w Melbourne:

http://www.youtube.com/watch?v=PT331BRkkP0

Opuszczamy Azję, czyli początek nowego I 05.03.2012

Sajgon, Wietnam: 05.03.2012

Dziś ostatni dzień w Azji. Minęła połowa naszej ośmiomiesięcznej podróży dookoła świata. Cztery miesiące przemknęły jak z bicza strzelił, każdy dzień był niepodobny do poprzedniego. Nie potrafimy odpowiedzieć, gdzie podobało nam się najbardziej. Każde z odwiedzonych miejsc jest jedyne w swoim rodzaju, czymś nas zaskoczyło, czymś zauroczyło. Jeszcze z pewnością tu wrócimy.

Ostatnie półtora dnia w Sajgonie poświęcamy na naprawę aparatu, uzupełnienie zapasów, kupno souvenirów, wysyłkę paczki do Polski, maile, bloga, fryzjera, pranie i masę innych pilnych spraw.

Rozdział „Azja” na razie zamykamy. Australio, lecimy do Ciebie!

Champasak i powrót do Wietnamu I 1 – 4.03.2012

Champasak i Pakse, Laos: 01.03.2012 – 03.03.2012

Pleiku i Saigon, Wietnam: 03.03.2012 – 04.03.2012

Nauczeni doświadczeniem by nie brać więcej mini vana, zdecydowaliśmy się wrócić do Vientiane kajakami. Brzmi to trochę szumnie, gdyż sama spływ trwał 3 godziny z lunchem, a reszta to jazda tuk tukiem w maksymalnym piachu, ale i tak nam się podobało.

Na samym początku przewodnik spytał się naszej ok. 16-sto osobowej grupy czy umiemy pływać kajakiem. Wszyscy chóralnie odpowiedzieli, że jasne, że tak. Ruszamy więc kajakami wolno płynącą rzeką i przy pierwszym uskoku prawie wszyscy lądują w wodzie. Ale musiał mieć z nas ubaw pan przewodnik! Z naszej szóstki tylko Kasia z Pawłem się niewykopercili, skubani;)

Z Vientiane nocnym autobusem (piękny egzemplarz, cały w boazerii, niczym ekskluzywny jacht) przedostaliśmy się do Pakse, a stamtąd tuk tukiem do Champasak- cichej, śpiącej i opuszczonej wioski. Wypożyczyliśmy rowery i w czterdziestostopniowym upale, umorusani piachem spod kół, dojechaliśmy do świątyni Wat Phu. Świątynie są z tego samego okresu co Angkor w Kambodży, tylko o wiele mniejsze i strasznie zniszczone. To był nasz ostatni wieczór w szóstkę, poszliśmy spać późno.

Nad ranem pożegnaliśmy Kasię, Anię, Agę i Pawła (aż nam się łezka zakręciła w oku), którzy ruszyli na południe Laosu, a my łódką, której silnik parokrotnie odmawiał posłuszeństwa, przedostaliśmy się do Pakse. W Pakse nocleg i autobus do Attapeu i dalej granicy w Bo Y. Na granicy kontrolował nas Wietnamczyk, naturszczyk w zawodzie. Nie spodobała mu się nasza wiza, której termin upływał za trzy dni. Nie mógł zrozumieć po co przyjeżdżamy do Wietnamu tylko na 3 dni i jak w tym czasie zdążymy wrócić do dalekiej Europy (już nie wnikaliśmy, że tam nie jedziemy). Długo tłumaczyliśmy, że już byliśmy wcześniej w Wietnamie, co widać przecież w paszporcie, a teraz wracamy bo z Wietnamu mamy lot. Kontroler raczej nie rozumiał angielskiego więc wykonał kilka telefonów do przełożonych. W końcu przekonało go słowo „sky” i uwierzył nam, że stąd wylatujemy, a nie będziemy jechać lądem do Polski. Noc spędziliśmy w Pleiku i po godzinnym rannym locie znów znaleźliśmy się w Sajgonie.

Tubing in Vang Vieng I 26 – 29.02.2012

Vang Vieng, Laos: 26.02.2012 – 29.02.2012

Już nigdy nie zamówimy mini vana po górskich serpentynach. Z Luang Prabang zapakowaliśmy się w szóstkę, a z przodu kierowca i ładna Laotanka. Albo nasz kierowca chciał jej zaimponować, albo postanowił po prostu wyprzedzić wszystko co się rusza na drodze. Całkowicie zieloni, w pozycjach pół-horyzontalnych, z plastikowymi torebkami w pogotowiu dojechaliśmy do Vang Vieng.

Kiedyś Vang Vieng było małą, spokojną wioską jakich wiele w Laosie. Dzisiaj jest opanowane przez rządnych imprez turystów. Główną atrakcją jest „tubing”. Polega on na spływie w dętce rzeką Nam Song. Pozwolenie na organizację spływów mają tylko tubylcy, a zysk idzie do kieszeni 1500 laotańskich rodzin, jak głosi plakat w wypożyczalni dętek. Wcześniej jednak należy podpisać dokument mówiący, że spływa się na własną odpowiedzialność.

Zapłaciliśmy za dętki i tuk tuk zawiózł nas na miejsce, gdzie codziennie trwa impreza przy muzyce disco, techno i reggae. Wzdłuż rzeki, co kilkadziesiąt metrów rozstawione są bary, których pracownicy wyłapują turystów, rzucając im linę i przyciągając do brzegu. Bary proponują nie tylko alkohol, zioło, opium, grzyby czy inne używki, ale również zjeżdżalnie i liny, z których można skakać do rzeki (usytuowane na wysokości od 5 do15 metrównad wodą), np:

Taka mieszanka owocuje kilkoma śmiertelnymi wypadkami rocznie.

Wszystko dla ludzi, ale zgrzytem dla nas była stała obecność laotańskich dzieci, które stoją na każdym pomoście i dzierżą w łapkach napisy zapraszające na darmową wódkę. Zdąży człowiek wysiąść z dętki, a już dzieciak ciągnie go za rękę na kielonka, po którym turysta powinien nabrać chęci na więcej. Gdzie są ich matki? Prawdopodobnie serwują kanapki wstawionym i nastukanym turystom, którzy uczą dzieci swoich kocich, tanecznych ruchów. A dzieci patrzą, patrzą i naśladują. Jak to dzieci…

Po spływie rzeką, ci którzy jeszcze mają siły, albo już lekko przetrzeźwieli, kontynuują libację w miasteczku. Knajpy serwują drinki w kubełkach za 4 zl, a w menu są potrawy z marihuaną. Można zamówić oczywiście normalne jedzenie, a jeśli zrealizuje się minimalne zamówienie, dostanie się jointa za darmo. Drugiego wieczoru, po późnej kolacji, Kasia odkryła w swoim i Pawła pokoju (znajdującym się najbliżej recepcji) nieprzytomną, młodą Australijkę. Nikt nie wie jak tam się znalazła. Dopiero po dwóch godzinach udało nam się ją ocucić i odstawić do właściwego hostelu.

Poza tubingiem i imprezami w Vang Vieng można podziwiać ciekawe jaskinie. Trzeba uważać, gdyż na szlaku znajduje się wiele „podróbek” lagun i jaskiń i dopiero po uiszczeniu opłaty można się zorientować, że zapłaciło się za oglądanie kałuży. Nas przestrzegli inni turyści i dotarliśmy do przepięknej jaskini, po której krążyliśmy przez dobrą godzinę.

Dwie stolice Laosu I 22 – 26.02.2012

Vientiane: 22.02.2012 – 23.02.2012

Świeżutcy i pachnący po 16 godzinach w autobusie dojechaliśmy do Vientiane. W stolicy kraju panuje małomiasteczkowa atmosfera, życie płynie spokojnie wzdłuż wysuszonego na tym odcinku Mekongu. Prawie 2 godziny zajęło nam znalezienie noclegu w rozsądnej cenie. Po długich negocjacjach znaleźliśmy też tuk tuka, który zgodził się nas zawieźć do Parku Buddy Xieng Khan poza miastem. Jednak po przejechaniu200 metrówtuk tuk wyzionął ducha i na nic się zdało pchanie go przez Marcina z Pawłem. Kolejnym tuk tukiem dojechaliśmy do parku. Xieng Khan został zbudowany z betonu w 1958 roku przez księdza/szamana, który skupił tam rzeźby buddyjskie, hinduistyczne i postaci mitologiczne, generalnie jeden wielki misz masz, kuriozum warte zobaczenia. Na lunch zjedliśmy kanapki z polską szynką, palce lizać!

Dobę pospacerowaliśmy po stolicy, oglądając z daleka różne atrakcje oraz odwiedzając w ostatniej chwili świątynię Wat Si Saket z trzystoma figurkami Buddy. Skwar straszny więc chłodziliśmy się przy fontannach za repliką Łuku Triumfalnego. Wieczorem wsiedliśmy w sypialny autobus nocny do Luang Prabang.

Luang Prabang: 24.02.2012 – 26.02.2012

Była stolica królestwa jest głównym celem wypraw turystów do Laosu. Stare miasto składa się z wielu uroczych uliczek, które wieczorem nabierają kolorów. Usytuowanie nad rzeką Mekong, wielość złotych świątyń, knajpek i targów tworzy magiczny klimat tego miejsca.

W Luang Prabang wypożyczyliśmy rowery by podjechać do wodospadów Kuang Si. Przemierzyliśmy30 kmw jedną stronę po górkach i dołkach mijając lokalne wioski. A że była to sobota, udało nam się podpatrzeć przygotowania do kilku wesel. W jednym muzyka na żywo przypominała zarzynanie kota. Same wodospady są przepiękne. W paru miejscach można się wykąpać lub poskakać do wody z drzewa.

W samym mieście wspięliśmy na się górę Phu Si, skąd rozciągał się widok na stare miasto i Mekong. Znajdują się tam również jedne z najważniejszych świątyń Laosu. Zwiedziliśmy też pałac królewski, który od 1975 roku jest muzeum oraz świątynię Wat Xieng Thong, która niestety była w przebudowie.

Wieczorami spacerowaliśmy po uroczych, rozświetlonych uliczkach Luang Prabang. Na targu nocnym podjedliśmy miejscowych przysmaków grilowanych na patykach (grzybki, rybki, różne mięska czy kurza nóżka, na którą odważył się jedynie Paweł). Jako że była sobota, manager naszego hotelu wrócił do pracy ok. 23, mocno zawiany, ale w wystarczająco dobrej formie by sprzedać nam bilet na poranny minivan do Vang Vieng.

Sabaidee Laos! I 22.02.2012 – …

Laos: 22.02.2012 – …

Na koniec przygody z Azją dotarliśmy do jednego z najbiedniejszych krajów Azji południowo-wschodniej, gdzie podobno 70% ludności żyje poniżej poziomu ubóstwa. Przejeżdżając przez wioski widać domki z wikliny i drewna na palach z jedną czy dwoma izbami, gdzie kobiety (tak jak w Wietnamie) wyrywają sobie pęsetą siwe włosy. Kraj wysuszony na wiór, żółto-czerwony piasek wchodzi w nozdrza i osiada na ciuchach. Turystyka zawitała tu stosunkowo późno, od jakiś dziesięciu lat, w ciągu których poprawiono, przy interesownej pomocy Chin, główne szlaki komunikacyjne. Boczne drogi to nadal skrawki asfaltu na zmianę z usypanym piachem, gdzie wytrzęsło nami porządnie. Linia kolejowa całego kraju liczy zaledwie kilkadziesiąt kilometrów.

Poznany w Hanoi Wietnamczyk opowiadał nam, że Laotańczycy to leniwy naród, który nie troszczy się o pieniądze, póki ma co do garnka włożyć (co prawda przy Wietnamczykach mało kto nie uchodzi za lenia). W pierwszych dniach nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że Laotańczykom po prostu się nie chce. Nie chce im się zejść z hamaka aby zachęcić do sprzedaży swoich wyrobów, nie chce im się zawieźć nas do jakiejś atrakcji, która leży zbyt daleko. Odmawiają z rozbrajającym uśmiechem. Turysta może tu przejść spokojnie, nie zaczepiany przez naganiaczy. Ceny noclegów w miastach są często nieadekwatnie wysokie w stosunku do jakości, a Laotańczycy nieskorzy do negocjacji, nawet za cenę utraty klienta.

Z jednej strony postrzegamy Laotańczyków jako nie naginających się do potrzeb turystów, nie będących na każde ich skinienie i nie kopiujących  usilnie zachodu, jak to ma miejsce w wielu krajach Azji. Z drugiej strony istnieją miejsca, gdzie nieuchronne zmiany i wpływy zachodu są bardzo widoczne, czego przykładem może być Vang Vieng, niewielka wioska opanowana przez turystów, gdzie „full moon party” trwa codziennie.

Ludzi generalnie odbieramy jako rozpromienionych, mimo ciężkiej historii, wielu lat wojen i biedy. Dzieci z daleka nas pozdrawiają, a dorośli radośnie krzyczą „Sabaidee”, co oznacza „Witajcie”.