Monthly Archives: Luty 2012

Pożegnanie z Wietnamem I 19 – 21.02.2012

Vietnam, Hanoi, 19.02.2012 – 21.02.2012

Fajnie usłyszeć Polaków na obczyźnie. Poznajemy ich po języku, ubiorze czy, jak ostatnio, po swojskim zawołaniu: „Kurwa, zaraz mnie chuj strzeli!”.

Czy kojarzycie takie małe, plastikowe stoliki i równie maleńkie krzesełka, na których się siadało w przedszkolu? Tak wyglądają uliczne restauracje w Wietnamie, a w Hanoi są ich tysiące. Rosły Europejczyk wygląda jak Guliwer wśród liliputów. Jedzenie, choć proste; zupka, kluski, sajgonki, pierożki, jest warte grzechu.

Szukając dworca autobusowego w Hanoi, trafiliśmy na mecz pierwszej ligi wietnamskiej pomiędzy Hà Nội F.C. and Cao su Đồng Tháp. W całym Wietnamie widzieliśmy bardzo dużo małych i starszych piłkarzy grających na wszelkiego rodzaju boiskach, w siatkonogę czy zośkę. Często mężczyźni poubierani są w koszulki klubowe europejskich zespołów. Widząc tę miłość Wietnamczyków do piłki nożnej spodziewaliśmy się tłumów na pierwszoligowym meczu. Ujrzeliśmy natomiast grupę około 400 siedzących kibiców. Ponoć częściej śledzą poczynania swoich piłkarzy przed telewizorem, a tak naprawdę oglądają zespoły z ligi hiszpańskiej i angielskiej. Stadion budził się na strzelone bramki oraz co ładniejsze akcje, których jednak nie było zbyt wiele. Co ciekawe, kibice Hanoi bili brawo nawet przeciwnikowi. Ulubieńcem kibiców był nieporadny i grubiutki Timothy Anjembe, który 2 sezony temu przyszedł do Hanoi właśnie z Cao su Đồng Tháp. Mecz wygrała stolica, widać tak jest nie tylko w Polsce 🙂

Kolejny dzień spędziliśmy w malowniczej zatoce Halong Bay, opływając jedynie ułamek wysepek, których jest około 3000. Wapienne formacje wynurzające się z wody przypominały nam wyglądem zarówno wzgórza Yangshuo w Chinach, jak i skały w okolicy wyspy Kho Phi Phi w Tajlandii.

Pod wieczór wróciliśmy do Hanoi i podczas spaceru nad jeziorem podświetlanym kolorowymi neonami, przypadkiem wylądowaliśmy pod teatrem kukiełek na wodzie i niewiele myśląc poszliśmy na przedstawienie. Sztuka bardzo ciekawa gdyż kukiełki przedstawiają sceny z wietnamskiego życia (przy akompaniamencie muzyki na żywo), poruszając się po tafli wody. Na koniec zza kurtyny wyszli „aktorzy” manewrujący kukłami, ubrani w rybackie spodnie, by nie odmoczyć się zbytnio podczas sterowania lalkami.

I teraz gwóźdź programu w Hanoi: przylecieli z Polski: Ania, Aga, Kasia, Paweł oraz4 kilogramykiełbas, szynek i kotletów, przekazanych przez naszych najukochańszych Rodziców.

Ania z Agą wylądowały pierwsze i udało nam się wspólnie zobaczyć mauzoleum wujka Ho Chi Minh. Rygor tam, że aż strach się bać. Żołnierze bacznie pilnują, by odwiedzający szli gęsiego, równo; oddech umiarkowany, ręce opuszczone, twarz poważna i skupiona. W środku śpi Ho Chi Minh, co roku odsyłany do Rosji na 3 miesiące konserwacji.

Jak wylądowała Kasia z Pawłem, byliśmy w komplecie by ruszyć drogą lądową do Laosu. Chcieliśmy przekroczyć granicę w górach na północy Wietnamu, w miejscowości Tay Trang, ale ze względu (podobno) na lawiny czy ulewy, została ona zamknięta. Zdecydowaliśmy się na nocny autobus sypialny do Cau Treu pośrodku Laosu i dalej do Vientiane. Pędziliśmy przez pół miasta paroma taksówkami by na niego zdążyć. Gdy autobus ruszył, wyjęliśmy wałówkę z Polski. Na pierwszy rzut poszły kabanosy, kurczakowe kotleciki i kiełbasa jałowcowa. Pełni jak bąki padliśmy by obudzić się na granicy wietnamsko-laotańskiej.

W Wietnamie środkowym I 14 – 18.02.2012

Wietnam; Hoi An, Hue: 14.02.2012 – 18.02.2012

Hoi An: 14.02.2012 – 16.02.2012

Hoi An, miasto krawców położone nad morzem i rzeką Thu Bồn jest bardzo przytulne ze swoją niską zabudową i licznymi lampionami. Jak wiele z miejsc w Wietnamie miasteczko jest wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. Na starym mieście spotkaliśmy rodaka, w właściwie jego pomnik. Kazimierz Kwiatkowski uważany jest tu za bohatera, który pomógł uchronić okoliczne zabytki przed wyburzeniem.

Na tych popularnych szlakach nie widać biedy i komunistycznego reżimu, jest tu serwowany raczej miły obrazek uśmiechniętych i zamożnych Wietnamczyków. Hoi An to również obligatoryjny punkt wielu wycieczek i może być momentami zatłoczone, więc warto pojechać rowerem czy skuterem nieco dalej. Nie wiem jak to się stało, ale jadąc na skuterze grzecznie za mężem, nagle go zgubiłam i wylądowałam w szczerym ryżowym polu. Pola piękne, a gdzie mąż? Dopiero po godzinie znalazłam drogę powrotną do miasta, gdzie mąż wiernie czekał;) (Marcin: nie czekał tylko jeździł, szukał i bardzo się denerwował).

Zwiedziliśmy hinduistyczne świątynie Czamów leżące jakieś60 kmod Hoi An. Od IV do XV wieku miejsce to stanowiło sanktuarium religijne tego wielkiego ludu, który ostatecznie został podbity i wcielony do Wietnamu. My Son to takie mniejsze wietnamskie Angkor Wat. Przez ok. półtora tysiąca lat świątynie nie uległy zniszczeniu przez naturę. Jednak człowiekowi wystarczyło zaledwie kilkadziesiąt lat aby doprowadzić je do ruiny. I tak w na początku XX wieku odkryli je na nowo Francuzi i rozkradli co się dało (słowa samych Wietnamczykow, bo w naszym przewodniku o tym nie piszą…), a następnie zbombardowali je Amerykanie w 1969 roku podczas wojny z Wietnamem Północnym. Niestety, aktualnie My Son to bardzo zniszczone ruiny, których zwiedzanie polecamy raczej archeologom i miłośnikom historii Czamów.

Hue: 17.02.2012 – 18.02.2012

Jedynie150 kmna północ od Hoi An mieści się była stolica Wietnamu (dopiero w 1945 Ho Chi Minh przeniósł stolicę do Hanoi). Na nieszczęście dla miasta, znajduje się ono blisko strefy DMZ, która w latach60’i70’XX wieku oddzielała Wietnam Północny od Południowego.  Miasto znacznie ucierpiało w tych latach. Przetrwały (też zniszczone) grobowce byłych władców, pagody i ogromna cytadela z purpurowym, zakazanym miastem wewnątrz.

Rzeka, zabudowa nad nią i atmosfera o dziwo przypominają mi polskie Mazury, a w szczególności Giżycko. Może wpływ na to ma pogoda – przez cały czas padał siarczysty deszcz. Kierowcy motorów, skuterów i rowerów przykrywają się płaszczami, pod które chowają się też liczni pasażerowie (często w Wietnamie na jednym skuterze podróżują całe rodziny). Budynki przesiąknięte są  wilgocią. W knajpach i hotelach na ścianach i pod sufitami widać grzyby. Nawet z dachu sali tronowej w cytadeli leciała struga wody.

Wieczorem wsiadamy do nocnego autobusu i jedynie po 13-14h będziemy w Hanoi.

nurki w Wietnamie I 12 – 13.02.2012

Nha Trang: 12.02.2012 – 13.02.2012

W mieście Nha Trang częściej słychać rosyjski niż wietnamski. Bezpośrednie połączenie lotnicze Moskwa – Nha Trang pomogło Rosjanom opanować to miasto. Oznaczenia, darmowe mapki i szyldy sklepów zapisane są bukwami.

Miejska plaża wysypana złotym piaskiem przypomina tę na Costa Brava. Przez długi czas na plaży kręcili się Wietnamczycy w kaskach, więc myśleliśmy, że to złodzieje. Dopiero później do nas dotarło, że to opalające się ciała zachodnich turystek przyciągają ich uwagę, gdyż Wietnamki kąpią się w ubraniach bądź strojach kąpielowych wyglądających jak pidżamy. Fale są ogromne. Nha Trang jest też bazą wypadowa na ponoć najatrakcyjniejsze nurkowania w Wietnamie. Popłynęliśmy w 10 osób łódką. Na miejscu przydzielono nam mokre, ale długie i dziwnie ponadgryzane pianki. Upewniliśmy się, że nadgryzł je ząb czasu, a nie rekiny, których podobno w Wietnamie nie ma i nigdy nie było.

W kilku miejscach rafa mieniła się wieloma barwami, ale rybek było jak na lekarstwo więc poczuliśmy się nieco zawiedzeni. Jakoś wyjątkowo zimno było w tym Południowochińskim Morzu.

Sajgon’ki I 9 – 11.02.2012

Wietnam, Ho Chi Minh City (Sajgon): 09.02.2012 – 11.09.2012

Wietnam opanowały agencje turystyczne, które są w każdym hostelu i na każdym rogu turystycznych przedmieść. Ofertę mają bardzo szeroką; od jednodniowych wycieczek, wyprawy rowerem, nauki gotowania, po zwiedzanie Angkor Wat w Kambodży czy Kuala Lumpur w Malezji. Trzeba jedynie kupić wycieczkę, bez głowienia się, poszukiwania dworca, a autokar po kolei zbierze turystów po całym mieście. Aby od tego uciec trzeba mieć naprawdę sporo czasu i najlepiej posiadać własny środek transportu. Wszyscy jeżdżą z północy na południe albo odwrotnie, a że kraj jest wąski to co chwile widać te same twarze.

Kupowanie oddzielnie biletów na lokalne autobusy czy pociągi nie tylko wymaga dużo czasu, bo ciężko znaleźć lokalny dworzec, ale jest też sporo droższe w ostatecznym rozrachunku. Zdecydowaliśmy się na otwarty pakiet 4 biletów na turystyczne nocne autobusy pomiędzy Sajgonem a Hanoi (ok.1.900 km).

Pierwsza informacja podawana turystom w Ho Chi Minh to ta o ilości mieszkańców: jakieś 10 milionów i ilości motocykli/ skuterów: pomiędzy5 a7 milionów, w zależności od informatora. Przez ulicę przechodzi się slalomem, powolutku, aby dać kierowcom chwilę do namysłu, z której strony cię ominąć. W komunistycznych Chinach oraz komunistycznym Wietnamie przykuwają wzrok wspólne, grupowe ćwiczenia. W parku w centrum Ho Chi Minh ludzie ćwiczą tai chi, aerobik, tańce, wspólnie spacerują, grają w zośkę, badmintona i inne. Zauważyliśmy jeszcze parę innych podobieństw z Chinami: blokada internetu (znacznie mniejsza ale np. nie działa Facebook), dużo propagandy i czerwonego koloru, dużo uśmiechu i jedzone podobne potrawy (szczurki, pieski i inne).

Z ciekawszych miejsc w Sajgonie i okolicach to oczywiście zobaczyliśmy tunele Cu Chi, gdzie Viet Cong skutecznie obronił się przed imperialistycznym najeźdźcą; muzeum wojny wietnamskiej (tu nazywanej wojną amerykańską) z bardzo ciekawymi i dramatycznymi zdjęciami wojny; Pałac Zjednoczenia (były pałac prezydencki), który w czasach komunizmu jest jedynie muzeum oraz dużą ilość ulic, uliczek, placów i straganów.

Podczas naszej podróży musimy co pewien czas zrobić sobie przerwę na zachodnie, niezdrowe jedzenie, bo ileż można zjeść sajgonek w Sajgonie, ryżu w Indiach czy klusek w Tajlandii? Dlatego w Sajgonie stołowaliśmy się w podróbie Dunkin’ Donuts, o nazwie Donuts Donuts.

Delta Mekongu I 7 – 9.02.2012

Wietnam, delta Mekongu: 07.02.2012 – 09.02.2012

W drodze z Kambodży do Wietnamu poznaliśmy emerytowaną Francuzkę i Włoszkę. Obie przez wiele lat działały na rzecz pomocy dzieciom. Francuzka wraz z przyjaciółmi założyła nawet ośrodek dla biednych dzieci na Madagaskarze, w którym zapewniają im opiekę, jedzenie i edukację. Jednak gdy tylko dziewczynki z ośrodka zaczynają być atrakcyjne, w wieku dosłownie kilkunastu lat, uciekają z ośrodka i zarabiają jako prostytutki. Wymusza to na nich rodzina gdyż dzięki „poświęceniu” jednej dziewczynki, całe gospodarstwo domowe ma co jeść. Włoszka wspominała m.in. swój wolontariat w Kalkucie, gdzie jako pielęgniarka opiekowała się małymi dziećmi z domów dziecka. Na samym początku kadra ośrodka poinstruowała ją, że nie może być nad wyraz miła i opiekuńcza wobec dzieci i że nie powinna im nic absolutnie dawać, nawet jedzenia. Dawanie jakichkolwiek podarunków dzieciom sprawia, że te zaczynają kojarzyć obcokrajowców z bezinteresowną pomocą, co tworzy więź zaufania. Niestety w dalszym życiu te dorastające dzieci często trafiają na turystów, którzy nie są bezinteresowni i bazując na ich zaufaniu, z łatwością je wykorzystują.

Francuska i Włoszka przez połowę drogi mnożyły nam przykłady świadczące o zagrożeniu dla dzieci ze strony turystów. Kambodża, którą właśnie opuszczaliśmy jest biednym azjatyckim krajem, w którym prawo w stosunku do dzieci nie jest tak ostre jak w Wietnamie czy tak egzekwowane jak w Tajlandii, dlatego pedofile czują się tam bezkarni. W Kambodży widzieliśmy wiele plakatów przestrzegających turystów przed chęcią wykorzystania dzieci oraz ulotek z telefonami zaufania dla dzieci pokrzywdzonych, niestety takie akcje to jedynie kropla w oceanie.

Ale miało być o Wietnamie…

Po przekroczeniu granicy łodzią dotarliśmy do portowego miasteczka Chau Doc, które jest urokliwe, a traktowane przez turystów głównie jako tranzyt do Ho Chi Minh. Na pierwszy rzut oka Chau Doc przypomniało nam Chiny – znów uliczne stragany sprzedające dosłownie wszystko, szalona jazda na ulicach i bardzo głośne rozmowy. Mamy wrażenie, że Wietnamczycy i Chińczycy dosłownie krzyczą, a nie mówią przez telefon. Słyszeliśmy, że Wietnamczycy są niesamowicie pracowitym narodem. Nie mają wolnych sobót czy niedziel, pracują od rana do nocy z przerwami na jedzenie. Jedyny wolny czas to wietnamski nowy rok , czyli święto tet, kiedy na tydzień wszystkie biznesy są zamykane, a Wietnamczycy balują. W 2012 roku był to 23 stycznia, kiedy jeszcze byliśmy w Tajlandii. Mimo tej ogólnej pracowitości w całym Wietnamie widzimy miejscowych wysiadujących w małych przydrożnych barach i popijających piwko lub mocniejsze alkohole przez cały dzień. Nie ma to jak system socjalistyczny – czy się stoi, czy się leży…

W Kambodży płaciliśmy dolarami, w Wietnamie też to jest możliwe, ale udaliśmy się do bankomatu. Waluta wietnamska przypomina polską przed denominacją- na wstępie bankomat wypluł nam kilka milionów dongów. Już jako bogacze udaliśmy się na typową zupę serwowaną na ulicy o nazwie „pho”. Wracając ze spaceru po mieście trafiliśmy na ceremonię pogrzebową- orkiestra grała pod domem zmarłego, wszyscy byli ubrani na biało- tak jak w Chinach jest to kolor śmierci.

Aby nacieszyć się deltą Mekongu wykupiliśmy dwudniową wycieczkę do Can Tho wraz z nocowaniem u rodziny wietnamskiej, gdyż bardzo nam się spodobała idea „home stay” w Indiach. Z rana zabrano nas do wioski, gdzie żyje khmerska mniejszość z domieszką muzułmańską. Klucząc z innymi turystami między chatkami tych ludzi, czuliśmy się jakbyśmy z buciorami wchodzili w ich życie, a oni sami byli okazami z zoo. Do tego nie kupiliśmy od nich żadnego rękodzieła. Udało nam się natomiast zainteresować dzieciaki grą w kółko i krzyżyk na tyle, że zapomniały o tym, że powinny sprzedawać turystom ciastka i same zaczęły nas uczyć swojej wersji gry, gdzie jest dużo więcej kratek i stawia się kółka na przecięciach linii.

Z wioski zabrano nas na pokaz hodowli ryb. Gdy zobaczyliśmy, w jakich warunkach żyją na kilkunastu metrach kwadratowych, karmione antybiotykami aby przetrwały mimo wzajemnego okaleczania się w ścisku, to uznaliśmy, że rzecznych ryb tu nie tkniemy.

Następnie podzielono naszą wycieczkę na turystów jadących do hotelu i tych jadących do rodziny. Zostaliśmy tylko we dwójkę, w związku z czym nie przydzielono nam taksówki, tylko po motocykliście na łebka, i tak dotarliśmy na miejsce.

Nasza wietnamska rodzina nie była tak uboga jak ta w Indiach. Dom Wietnamczyków składał się z kilku dużych izb oraz kilkunastu chatek nad rzeką… Póki co byliśmy jedynymi gośćmi i mimo naszych prób bliższego poznania, rodzina nas ignorowała tłumacząc na migi, że nie mówi po angielsku. Dali nam za to pyszny lokalny obiad. Wzięliśmy rowery i pojechaliśmy na krótką przejażdżkę. Gdy wróciliśmy, było już więcej turystów, posadzono nas za stołami i kleiliśmy sobie dwa rodzaje sajgonek. Wieczór minął sympatycznie na rozmowach z głową wietnamskiej rodziny, władającą jednak językiem angielskim oraz turystami wszelkiej maści.

Kolejny dzień zaczęliśmy spacerem po okolicy o 5 rano, po czym zabrano nas na pływający market w delcie Mekongu, gdzie hurtownicy zakotwiczają na tydzień i sprzedają jedzenie sklepikarzom z regionu. Potem pokazano nam produkcję klusek ryżowych oraz ogród owocowy. Na koniec wsadzono nas w autobus do Ho Chi Minh, w którym zasnęliśmy jak susły. Strasznie nas zmęczyła ta zorganizowana wycieczka.

Khmerska stolica i przeprawa do Wietnamu I 6 – 7.02.2012

Kambodża, Phnom Penh i droga do Wietnamu: 06.02.2012 – 07.02.2012

W Phnom Penh spędziliśmy tylko jedną dobę. Przyjechaliśmy o 6 rano nocnym autobusem z Siem Reap. Bus kosztował nas $9/ os i zgodnie z zapewnieniami, opisami i zdjęciami miał być super ekskluzywny, z miejscami leżącymi, dla VIP. Autobus okazał się być całkiem w porządku, miejsca się rozkładały, nie tak bardzo jak na zdjęciach, ale zawsze. Toalety nie było. Klima działała słabo, ale działała. Paru turystów było mniej zadowolonych, gdyż dostali miejsca w ostatnim rzędzie, które się nie rozkładały. Głośne kłótnie, prośby i groźby na nic się zdały – tylko jednego Holendra, który najgłośniej krzyczał, klął i przez 15 min uderzał w siedzenie przed nim (które niestety okupowała Ola) przesunęli do innego autobusu. Najciekawiej zrobiło się na pierwszym przystanku 5 min za miastem, gdzie do pełnego, 30 – osobowego autokaru wsiadło 15 Kambodżan. Na całej długości autokaru obsługa rozstawiła im takie malutkie, plastikowe krzesełka dla dzieci bez oparcia. W sumie współczuliśmy im, że muszą w takich warunkach jechać całą noc i nawet nie zwróciłem ani razu uwagi jednemu panu, który w nocy zasypiając niechcący, acz wielokrotnie dźgał mnie łokciem to w rękę, to w nogę.

Phnom Penh to duże, hałaśliwe miasto, choć z miłymi knajpkami, bulwarem i masą (ponoć fajnych) klubów. W Pałacu Królewskim większość obiektów jest na stałe zamknięta. Nadprogramowy czas mogliśmy poświęcić na rozmowę z młodziutkimi mnichami buddyjskimi, którzy snuli przed nami plany swojej edukacji, poznawania internetu i przyszłego ożenku (oczywiście po opuszczeniu klasztoru). Piesza wycieczka po mieście, odwiedzone muzea i świątynie były jedynie preludium przed wizytą w S-21, byłym więzieniu Czerwonych Khmerów, którzy za czasów Pol Pota zaanektowali budynek szkoły średniej by mieć gdzie praktykować swoje barbarzyńskie metody przesłuchań. Zdjęcia więźniów, przyrządy tortur, cele więzienne jak i gołe ściany tego obozu koncentracyjnego wzbudzają uczucie ogromnego smutku i niezrozumienia.

Z Phnom Penh ruszyliśmy do Wietnamu łodzią, a granicę przekroczyliśmy na rzece. Przed terytorium Wietnamu kapitan naszej łódki zebrał od nas paszporty i zaniósł do pograniczników. Nas na ten czas wysłali do knajpki na obiad i piwo. Po niecałej godzinie odebraliśmy paszporty z wbitym stemplem Wietnamu. Żadnego przeszukiwania, skanowania bagażu, żadnych rozmów po co, dlaczego. Nawet nas celnicy na oczy nie widzieli.

Podczas tej przeprawy poznaliśmy 3 Norwegów, którzy w Phnom Penh spędzili 5 dni, z czego jeden na poligonie wojskowym. Tam za $350 wykupili wspaniałą atrakcję – strzał z prawdziwej bazooki. Jako cel można wybrać np. żywą krowę, ale nasi znajomi wybrali jedynie beczki. Poza tym postrzelali sporo z różnego rodzaju broni ostrą amunicją. Tu również nie zdecydowali się ani na krowę, ani nawet na kurczaki po $5 sztuka, ale celowali do kokosów za $1. Na owym poligonie można również pojeździć i postrzelać czołgiem i to wszystko pod patronatem wojska Kambodży. Nawet wystawiają faktury, tylko nie wiem czy można odliczyć od tego VAT lub wpisać w koszty uzyskania przychodu…

Na koniec zagadka. Jaka walutę wypłaca bankomat Kambodży??? Nie, nie jest to ich pieniądz, czyli riel. Bankomaty wypłacają amerykańskie dolary, które z uwagi na dużą inflację ich rodzimej waluty, są najskuteczniejszym środkiem płatniczym.

 

Angkor What??? I 2 – 5.02.2012

Siem Reap i świątynie Angkor: 02.02.2012 – 05.02.2012

Jeszcze w Bangkoku pozyskaliśmy wizę kambodżańską online. Wsiadając do pociągu w Bangkoku zmierzającego do granicy z Kambodżą, byliśmy uzbrojeni w wiedzę od Partysi odnośnie przekrętów jakie się tam odstawia. Musieliśmy jednak brać udział w tym cyrku, co nas bardziej bawiło niż denerwowało.

Gdy pociąg dojechał do stacji końcowej, poprosiliśmy wraz z poznanymi w pociągu Niemcami kierowcę tuk tuka by nas zawiózł na przejście graniczne. Tuk tuk zawiózł nas oczywiście do sztucznego konsulatu, czyli do dużego białego budynku, gdzie ściemnieni funkcjonariusze „pomagają” wyrobić turystom wizę za cenę nieco wyższą niż nominalna. Po 3 minutach rozmowy kierowca tuk tuka nam uległ i zawiózł nas 300 metrówdalej na granicę. Tutaj formalności i pożegnanie z Tajlandią, po czym przejście przez kawałek miasta nazywanego „no man’s land”. Po stronie kambodżańskiej z kolei można albo na własną rękę szukać lokalnego autobusu albo wziąć udział w zabawie w darmowy autobus. Nie mieliśmy ochoty na czekanie w 40-stopniowym upale na lokalny autobus, tylko wsiedliśmy do tego „darmowego”, który wywozi turystów na dworzec autobusowy w szczerym polu, z którego można dojechać dalej jedynie taksówką albo minibusem po nieco zawyżonych cenach. Zdaje się, że teraz sytuacja już tu się unormowała, gdyż cena wywoławcza taksówki to $12/ os, a taksówkarz dość szybko (max 3 min) zgodził się na płatność po wykonaniu usługi, zamiast przedpłaty. Razem z parą Niemców zdecydowaliśmy się na taksówkę i po 150 km byliśmy w Siem Reap.

Nazwa miasta Siem Reap jest interesująca, albowiem oznacza „Pokonany Syjam”, odwołując się do wygranej bitwy z Tajami. Ciekawe jak się czują tajscy turyści odwiedzając to miasto. Wieczorem wybraliśmy się na kolację do centrum Siem Reap. Zabudowa miasta przeszła nasze oczekiwania- hotele, bary z europejskim jedzeniem, taki mały Bangkok. Wystarczy jednak zboczyć w kilka uliczek dalej i już widać wioskę, nie miasto.

Kambodża jest bardzo zranionym narodem przez liczne walki z państwami ościennymi oraz wojny domowe, które ustały zaledwie kilkanaście lat temu. Do tego to tutaj Pol Pot przeprowadził masowe ludobójstwo w latach 1975 – 1979. Raczkująca niepodległość sprawia, że ludzie bardzo się cieszą, są niesamowicie pogodni, pamiętając złe czasy. Niestety widać ofiary pól minowych, bez kończyn. Spotkaliśmy starszych turystów z Niemiec i Francji (Kambodża była pod francuskim protektoratem), którzy zwiedzali Angor 30 lat temu. Wówczas  były wyznaczone tylko wąskie ścieżki do świątyń, a wkoło znajdowały się pola minowe. Aktualnie nie ma takiego zagrożenia, jednak nadal nie jest wskazane chodzenie po odludnych polach, czy pójście na stronę w nieznany teren, gdyż mogą być jeszcze niewybuchy.

Pierwszego dnia zwiedzaliśmy Angkor z przewodnikiem i poznanymi w pociągu Niemcami, a kolejne dwa dni jeździliśmy po kompleksie rowerami, przez co bardziej dostrzegliśmy ogrom tej byłej potęgi. W przerwach żywiliśmy się pysznymi ananasami sprzedawanymi pod świątyniami, które syciły pragnienie i dawały siłę na dalsze zwiedzanie.

Najbardziej z całego kompleksu znany jest Angkor Wat, jeden z 7-dmiu cudów świata średniowiecznego, a jest to jedynie jedna z dziesiątek świątyń, które powstawały na przestrzeni IX – XIII wieku. Łącznie kompleks Angkor (świątynie, miasta, parki, rzeczki itd.) zajmuje terytorium ponad 400 km2. Częściowo są to świątynie hinduistyczne, głównie ku czci Wishnu, ale w późniejszym okresie budowano świątynie buddyjskie (zresztą mnisi i królowie buddyjscy przerabiali wcześniejsze hinduistyczne świątynie na buddyjskie). Za czasów panowania dynastii Angkorskiej Kambodża była potęgą, zajmowała m.im. terytorium Laosu, część Tajlandii i prawie połowę dzisiejszego Wietnamu. Ich stolica Angkor Thom (znajdująca się kompleksie Angkor) w czasach świetności zamieszkiwało ok. 1 mln mieszkańców i było to najludniejsze miasto na świecie. W tym samym okresie w Londynie żyło zaledwie 50 tyś ludzi.

Angor jest tak niesamowity, że nie da się tego ani opisać ani oddać na zdjęciach, jest to miejsce magiczne i urzekające. Bez przesady czuje się tam ducha przeszłości. My w naszej zachłanności by zobaczyć cały świat (życia nie starczy), zostaliśmy tam tylko 3 dni, ale spokojnie można odkrywać nowe, tajemnicze i różnorodne świątynie cały tydzień albo i dłużej.

Bangkok I 30.01 – 01.02.2012

Bangkok: 30.01.2012 – 01.02.2012

Bangkok jest bardzo smaczny, cały czas się tu coś przegryza z ulicznych straganów i budek na kółkach; szaszłyki mięsne, owoce morza, kluski z warzywami, sajgonki, naleśniki, ananasy, sushi, duriany itp. Itd. W chińskiej dzielnicy je się prawie wszystko, w menu niektórych restauracji figurują również płetwy rekina. Sami jedliśmy mięso rekina w Tajlandii, a kilka dni później dowiedzieliśmy się o brutalnych, nielegalnych połowach zwanych „finning”. Polegają one na odcinaniu płetwy rekinom na kutrze na morzu i wrzucaniu jeszcze żywych ryb z powrotem do wody, gdzie powoli umierają. Płetwa rekina w Azji jest traktowana jako rarytas i oznaka statusu społecznego. Sama w sobie ponoć nie ma smaku, więc doprawia się ją wieloma przyprawami. Najbardziej znana jest zupa z płetwy rekina.

Przez trzy dni łaziliśmy i pływaliśmy po Bangkoku; rzeką Chao Phraya można dotrzeć do wielu punktów miasta i jest to dużo ciekawsze niż metro czy autobus. Bardzo ładny Uniwersytet oraz świątynia Wat Arun leżą po przeciwnych jej brzegach.

Tak jak i na południu kraju, na ulicach, w restauracjach i prywatnych domach wiszą portrety króla Tajlandii, jest on tu bardzo poważany. Jego podobizna widnieje na banknotach więc jeśli się je niechcący upuści trzeba je jak najszybciej podnieść, aby król nie leżał na ziemi, a broń boże nie można na nie nadepnąć, gdyż jest to zniewaga króla. Aktualnie król jest chory i jeden Fin z Phuket polecił nam byśmy absolutnie nie poruszali tego tematu z Tajami, gdyż jest temat bardzo drażliwy.

Zwiedziliśmy obligatoryjne punkty takie jak kapiący złotem (prawie kiczowaty) Wielki Pałac Królewski oraz Świątynię Wat Phra Kaew, gdzie znajduje się Szmaragdowy Budda, którego w zależności od pory roku przyodziewa się w inny kubraczek. W pobliskiej świątyni Wat Phro widzieliśmy z kolei największego w Tajlandii leżącego Buddę z XVI wieku, ma 46 m długości i 15 m wysokości.

Wieczorami fundowaliśmy sobie masaż zmęczonych stóp. Popularne są tu również masaże rybami- „fish spa”; wkłada się nogi do akwarium, gdzie małe ryby podskubują i zjadają martwy naskórek. Nie spróbowaliśmy tego empirycznie gdyż słyszeliśmy i widzieliśmy, że ryby zamiast wsuwać stary naskórek ze stóp, przysysają się do łydek (nawet po peelingu).

Mieszkaliśmy kilka przecznic od najbardziej popularnej wśród turystów ulicy w Bangkoku- Khao San Road, która w dzień jest wielkim jarmarko-straganem z usługami wszelkiego typu- masaże i tatuaże, a w nocy to jedna wielka imprezowania. Jest tak głośno, że nie da się na niej rozmawiać.

Jednego wieczoru udaliśmy się też do dzielnicy czerwonych latarni- na ulicę Patpong. Sam Patpong to aktualnie stragan z podróbkami. Na pobliskich ulicach widzieliśmy tłumy młodych, znudzonych dziewczyn czekających na klientów, część z nich nie wyglądała na pełnoletnie. We wszystkich barach tańczyły na stołach dziewczyny, które również wyglądały na bardzo znudzone. Całość zrobiła na nas tak przygnębiające wrażenie, że wybiliśmy sobie z głowy wszelkie ping-pong show-y.

W Tajlandii w wielu hotelach czy bambusowych chatkach w podstawowym wyposażeniu pokoju poza ręcznikiem, mydłem i papierem toaletowym są również prezerwatywy. Seksturystyka wciąż kwitnie.

Opuściliśmy Bangkok o 6.00 rano 02.02.2012 pociągiem w stronę kambodżańskiej granicy.

Tajskie wyspy – wschodnie wybrzeże I 24 – 29.01.2012

Tajlandia. Wyspy – wschodnie wybrzeże: 24.01.2012 – 29.01.2012

 

Koh Tao: 24.01.2012 – 26.01.2012

O 23.00 wsiedliśmy na prom z Surat Thani i o po 7 godzinach dopłynęliśmy do brzegów wyspy Koh Tao, leżącej  na południowo- wschodnim wybrzeżu Tajlandii. Wokół wyspy znajduje się wiele atrakcyjnych miejsc do nurkowania, a wzdłuż wybrzeża ciągną się liczne szkoły nurkowe. Zdecydowaliśmy się zamieszkać w kurorcie „Sunshine Divers”, poleconym przez poznaną na półwyspie Railey Australijkę.

Zapisałem się na kurs PADI AOWD (Advanced Open Water Diver) aby móc schodzić do30 metrówi oglądać większe ryby, zostawiając Olę z tuńczykami i barakudami na głębokości  18 metrów. Szkoła nurkowa w ramach dwudniowego kursu oferowała za darmo nocleg. W ramach kursu szczególnie ciekawe było nurkowanie nocne, kiedy rybki oświetlone latarką prezentowały swoje naturalne kolory. W nocy doświadczyłem też zjawiska fosforescencji, kiedy cała nasza 5-osobowa grupa nurkowa zgasiła w wodzie latarki i zaczęliśmy machać rękami. Wszędzie pojawiły się małe, świecące punkciki – po prostu bajka.

Na Koh Tao spędziliśmy 3 dni, z czego 2 pod wodą – Marcin na kursie, Ola na nurkowaniu rekreacyjnym.

Wybrzeże Koh Tao pod wodą podobało nam się bardziej niż na Andamanach w Indiach – więcej tu kolorowych rybek, skał i innych stworzonek morskich, jak np. „choinki bożonarodzeniowe” (różnokolorowe drzewka o kształcie małej choinki, które się chowają przy pstryknięciu palcami).

 

Ko Phangan: 27.01.2012 – 29.01.2012

Na Koh Tao poznaliśmy Justynę i Michała, mieszkających od wielu lat w Londynie i z nimi ruszyliśmy w dalszą trasę – na wyspę Ko Phangan. Wybraliśmy jej północne wybrzeże z cichymi zatokami o turkusowej wodzie.

Całą czwórką zapisaliśmy się na nurkowanie ze szkołą nurkową na „Sail Rock”. Jest to wystająca formacja skalna pośrodku morza położona mniej więcej w połowie drogi między wyspami Koh Tao i Ko Phangan. Wyruszyliśmy z rana prywatną łodzią szkoły nurkowej „Sail’s Rock Divers”. Na pokładzie serwowano śniadanie, a między nurkowaniami pyszne curry z owocami na deser.

Nurkowanie przy Sail’s Rock było dla nas najpiękniejszym jakie kiedykolwiek mieliśmy. To miejsce jest niesamowite, gdyż skała położona pośrodku morza nie ma wielu kryjówek i ryby nie mają się gdzie schować, dzięki czemu można je oglądać w całej okazałości. Widzieliśmy olbrzymią murenę o długości ponad2 metrów, wyglądającą jak ogromny wąż morski. Zachwycające były całe ławice „Butterfly fish”, tuńczyków, węgorzy, barakud i małych „Nemo”. Inne wielokolorowe ryby muskały nas ogonami gdy stawaliśmy bez ruchu, istne cudo! Kolejną atrakcją skały jest fakt, że ma komin, w który można wpłynąć na 18-stu metrach i wypłynąć na 11-stu, lub odwrotnie.

Trochę głupio nam było zamówić na kolację barakudę, gdyż kilka godzin wcześniej pływaliśmy z jej braćmi wokół skały, no ale w końcu ją zjedliśmy.

Północ Koh Phangan jest znana z małego portu. Nocą widać z plaży mocno oświetlone łódki dryfujące na morzu, wyglądają jakby tam była jakaś impreza. Światła mają na celu przyciągnąć kalmary, które myślą, że płyną na dyskotekę, a w efekcie są łapane, suszone na słońcu i sprzedawane do restauracji i sklepów.

Po 3 dniach zostawiliśmy Ko Phangan, złote zatoki, domki na plaży, urocze wodospady i wróciliśmy nocnym promem do Surat Thani, skąd mieliśmy lot do Bangkoku. Uściski dla Justyny i Michała!

Przejażdżka na słoniku i bójka z Tajką I 22 – 23.01.2012

Khao Sok National Park: 22.01.2012 – 23.01.2012

Po zachodnim wybrzeżu pojechaliśmy do Parku Narodowego Khao Sok, gdzie zamieszkaliśmy w dżungli w domku na kurzej nóżce. Wieczorem mieliśmy koncert rechotania, grzechotania, świszczenia, piszczenia, świergolenia, świergotania i ćwierkania. W parku wiedzieliśmy motyla wielkości naszej dłoni, latające cudo.

Celem odwiedzenia parku były dla nas słoniki. Wykupiliśmy przejażdżkę na słoniu, wdrapaliśmy się z platformy na jego grzbiet i ruszyliśmy w stronę wodospadu. Woźnica naszego słonia początkowo szedł za nami, co nas nieco niepokoiło gdyż nasz „jumbo” okazał się małym buntownikiem i czasem sobie podbiegał nie bacząc na komendy. Uznaliśmy, że w razie czego będziemy skakać. Poczuliśmy się bardziej komfortowo gdy nieco później nasz woźnica usiadł na szyi słonia. Wycieczka do wodospadu i z powrotem zajęła 2 godziny, które nam w zupełności wystarczyły, gdyż nie jest to najwygodniejszy środek transportu. Nasz słoń był prześliczny, z małymi włoskami na szorstkiej skórze. Co pewien czas chłodził się dmuchając sobie trąbą w twarz i jednocześnie na nas. Na koniec przejażdżki kupiliśmy mu banany i nakarmiliśmy w nagrodę. Słonie nie bawią się w obieranie bananów tylko jedzą je całe, wraz ze skórką.

Z parku przez jeden guest house zamówiliśmy turystycznego vana, który miał nas zawieźć do portu w mieście Surat Thani, długość trasy to jakieś150 km. Już na początku coś kierowca kręcił mówiąc, że cena jest wyższa od ustalonej o 2 dolary, ale to zaakceptowaliśmy. Potwierdziliśmy z kierowcą, że wysadzi nas w porcie. Gdy dojechaliśmy do Surat Thani, turyści kolejno wysiadali na lotnisku i gdzieś w centrum, tak że zostaliśmy już tylko my.

Po kilku minutach kierowca się zatrzymał pod agencją turystyczną zapewne swojej znajomej albo żony i mówi nam, że mamy wysiadać, że to ostatni przystanek i możemy kupić bilet na prom w tej agencji. Pani z agencji już do nas podchodzi rozpromieniona, wita się serdecznie i zachwala swoją ofertę. My grzecznie odpowiadamy, że zamiast wycieczki wolimy być zawiezieni na portu, zgodnie z wcześniejszą umową (nie mieliśmy pojęcia w której części miasta jesteśmy). Po 10 minutach bezowocnej rozmowy, kierowca zaczął na nas krzyczeć, żebyśmy sobie już poszli i zabrali bagaże, bo mu się śpieszy z powrotem do parku Khao Sok i jak chcemy może nas tam zabrać 🙂  Nauczeni w Indiach, że grzeczne „pogróżki” pomagają wyegzekwować ustaloną trasę, powiedzieliśmy, że wezwiemy policję. Na to nasi rozmówcy się roześmiali (w Indiach naprawdę to działało…), wiec spisaliśmy wszystkie dostępne dane samochodu. Poprosiliśmy również naszego kierowcę o imię i nazwisko dla kompletności informacji. Na to ten przestał się śmiać, nawet przestał się już śpieszyć, tylko czym prędzej uciekł.

Uznaliśmy, że również spiszemy nazwę agencji turystycznej współpracującej z kierowcą, aby móc „zarekomendować” ją w internecie. Gdy Tajka z agencji zorientowała się w sytuacji, w mgnieniu oka podbiegła do Marcina, chwyciła za bluzkę, drapiąc mu klatę do krwi i wyrwała zeszyt. Ten notatnik stanowi dla nas dużą wartość sentymentalną i informacyjną, mamy tam zapiski od Chin, więc Marcin odebrał Tajce zeszyt, gdy ta zdążyła już z niego wyrwać 2 strony. To nie spodobało się Tajce i ruszyła z pięściami. Tak z minutę stała naprzeciwko Marcina z podniesioną gardą, strasząc to lewym to prawym sierpem. Klęła przy tym po angielsku, byśmy na pewno zrozumieli co chciała nam przekazać: „You fucking man, you fucking man”. Krzyczała coś, że ona tylko chciała nam pomóc, ale skoro jej dokuczamy to zaraz zniszczy nam też aparat fotograficzny. Marcin postanowił, że nie będzie walczył z nadpobudliwą Tajką (może to zawodniczka Muay Thai…) i trzymając ręce w dole, prosił grzecznie o spokój. Emocje trochę opadły, Tajka odeszła do swojego narożnika, a my opuściliśmy ring.

Okazało się, że port znajdował się 1,5km od tego miejsca więc doprawdy kierowca zaoszczędziłby sobie i nam kłopotu odwożąc nas na miejsce, a tak stracił jakieś 40 minut.

Finalnie doszliśmy na piechotę do portu i kupiliśmy bilet na nocną łódkę na wyspę Koh Tao, mekki nurków.50 mprzed portem zaczepił nas kierowca tuk tuka i zaoferował podwózkę, za co miałby otrzymać ponad $3 premii od ceny nominalnej naszych biletów. Zgodziliśmy się, pod warunkiem, że dostaniemy 50% tej prowizji. Odstawiliśmy wspólnie szopkę przejeżdżając 50 m do portu tuk tukiem, za co zarobiliśmy ponad $1,5.

Tego dnia (23 stycznia) był pierwszy dzień chińskiego nowego roku, roku smoka. W wielu miejscach widzieliśmy imprezy, zabawy i tańce.  My również świętowaliśmy, ale urodziny Natalki.